31.10.2013

Pork Pores Porkinson - Psychoterapy [2013]

22 komentarze

Po projektach Szada i Nulla przyszedł czas na solo Porka. Po premierze "Doliny Klaunoow" nie brakowało głosów, że to właśnie on prezentuje najwyższą formę i realnie mógłby rozjebać.

Po zapoznaniu się z materiałem mam deja vu: maj, a ja właśnie skończyłem odsłuch "I niech szukają mnie kule". Wiem, że czegoś tu brakuje, ale nie umiem określić konkretnie czego. Kolejny, kolejny, kolejny , kolejny. Kilkanaście odsłuchów i nadal nie ma się do czego przyczepić. Jest za to przeświadczenie, że te imponderabilia dość mocno rzutują na odbiór albumu.

Teoretycznie "Psychoterapy" jest płytą koncepcyjną. Dobra, może jakiś zamysł, klamra faktycznie tutaj jest, ale żeby od razu dorabiać do tego ideologię? Jak czytamy w informacji prasowej (oraz słyszymy w intrze) album podzielony jest na trzy części, które "różnią się od siebie poruszaną tematyką, emocjami oraz stylistyką beatów". Jest to bardzo naciągany opis.

Jeżeli chodzi o bity, to faktycznie, są trzy części, ale nie różnią się od siebie w tak dużym stopniu, jak to powinno (zgodnie z zapowiedzią) mieć miejsce. I tak faktycznie: pierwsze 5 numerów to typowe dla 3W mocne, zakurzone nowojorskie podkłady. Niespodzianką nie jest zarówno fakt, że stoją za nimi Dj Creon oraz duet Whitehouse, jak i to, że reprezentują naprawdę wysoki poziom . Potem następuje część 'imprezowa', czyli luźniejsza. Tutaj bity mimo podobnych szkieletów, różnią się od poprzedników dodatkowymi komponentami, co zasadniczo zmienia ich charakter. Poza wymienionymi wcześniej swoje palce maczali w nich również Ślimak i Donatan. Pierwszy nie odstaje od bardziej znanych kolegów, na temat Donatana napisano już wszystko. Wg zapowiedzi trzecia część miała być "eksperymentalna", ale w dobie newschoolu jedynie podkład od "To nie rozgłos" można uznać za coś na granicy tego określenia. Reszta owszem, odchodzi od schematu wg którego 3W nagrało już dziesiątki tracków, ale nie tak znowu daleko, żeby od razu nazywać to rewolucją. Za tę część, poza Creonem, odpowiedzialni są wszyscy producenci.

Różnice pozostałych komponentów są jeszcze mniejsze. W kwestii nawijki pierwsza część faktycznie jest zarapowana bardziej klasycznie, natomiast kolejne dwie raczej się między sobą przenikają. Tak czy inaczej: chapeau bas przed flow Porka. Poziom prezentowany na tej płycie to najwyższa liga. I już nawet nie chodzi o zapierdalanie w "Melomanie", bardziej dostosowanie się do bitów w numerach takich jak "Pełen Bak", "To nie rozgłos" czy "S.O.S". W tym ostatnim przypadku Pores dosłownie rozjeżdża podkład. Tutaj nie ma udziwień związanych ze śpiewaniem bądź innych odlotów - po prostu 100% rapu w rapie.

Minimalnie słabszą stroną są teksty. Minimalnie, ponieważ czasem zdarzają się wypełniacze bądź przewidywalne wersy. Poza tym nie ma się do czego przyczepić: mimo braku wybitnie oryginalnych konceptów tematyka jest dość przekrojowa i nawet proste treści nie są ubrane w prostackie szaty. Na pewno - w przeciwieństwie do Szada - nie grozi nam zmęczenie warstwą liryczną.

Na początku pisałem, że nie mogę ustalić, czego konkretnie tej płycie brakuje. Po kilkunastu odsłuchach już wiem - jest to świeżość. Po prostu członkowie 3W naprawdę wysoki poziom osiągnęli już - nie bójmy się tego powiedzieć - na "Czterech porach rapu", przez co pokonywanie przez nich kolejnych leveli nie jest tak spektakularne, jak w przypadku innych graczy. Jeżeli do tego dodamy obracanie się w podobnych konwencjach, to otrzymamy problem przypominający Tech N9ne'a, tylko w polskim wydaniu. Niemniej nie ma się do czego przyczepić.

9/10  



Continue reading →
29.10.2013

Planet ANM/EljotSounds - Pas Oriona [2013]

13 komentarze

Od kilku tygodni w komentarzach pojawiały się prośby o recenzję tej płyty. Mimo, że kojarzyłem Planeta z powiązań z Aptaunem, to traktowałem te wołania w kategoriach beki. Wszystko przez poziom pozostałych "Asów" warszawskiej wytwórni.

W końcu dla świętego spokoju ściągnąłem i muszę przyznać wam rację - "Pas Oriona" jest albumem zdecydowanie wartym (niejednokrotnego) przesłuchania.

Kiedy szukałem informacji o szczecińskim wykonawcy, z przerażeniem odkryłem, że w sumie to powinienem go przynajmniej kojarzyć. Nie będę ściemniał, że coś takiego miało miejsce: do października 2013 Planet był dla mnie nołnejmem jakich wiele.

Pobieżnie sprawdziłem poprzednie produkcje i nie słychać tam zbyt wielkiego potencjału. Ot, po prostu przeciętne, płyty jakich wiele. Do tego typ wyróżniający się jedynie głosem. W teorii tegoroczna produkcja nie odstaje zbyt mocno od ww. schematu. W praktyce "to coś" towarzyszy nam przez niemal cały odsłuch.

Jednocześnie chciałbym nieco ostudzić atmosferę, która unosi się od momentu premiery: jest ona wynikiem "smutności" materiału, a nie wybitnie wysokiego poziomu. Zapotrzebowanie na depresyjne albumy jest naprawdę spore i jak widać nadal niewyczerpane.

Jednak niech was nie zmyli poprzedni akapit. Teksty, mimo charakteru jednoznacznie klasyfikującego je w szufladce "smutny rap", są naprawdę doskonale przemyślane i wyważone. Cienka, czerwona linia, która na takiej "Muzyce emocjonalnej" została przekroczona kilkaset razy, tutaj pozostaje w bezpiecznej odległości.

Tematyka jest standardowa jak na takie płyty: zmagania z samym sobą i życiem z każdej możliwej perspektywy, podlane mocno melancholijnym sosem. Wszystko ujęte na tyle zgrabnie, że nawet w najcięższych momentach nie ma mowy o jakimś emorapie sfrustrowanego nasto, a dojrzałym, spojrzeniem na świat 20-sto paro latka.

Wprawdzie kwestia wokalna nie obfituje w fajerwerki, jednak zawiera coś, co przy tego rodzaju albumach jest niezbędne: emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Poza tym pewnym problemem jest głos, przez który gospodarz momentami brzmi jak słoń w składzie porcelany, który mimo że nic nie zbił, to jednak niekoniecznie tam pasuje. Objawia się to przede wszystkim w refrenach, czego doskonałym przykładem jest "Chiroptera" - jęczenie zaserwowane w tym numerze jest po prostu nie do zniesienia.

 W innych recenzjach spotkałem się z pochwałami bitów Eljota, ale ja nie widzę ku temu przesłanek. Owszem, producent doskonale oddaje klimat i jest wręcz lustrem dla lirycznej strony numerów, ale nic w tym nadzwyczajnego. Przemieszanie elektroniki z przydługimi samplami, pianinkami, smyczkami i mocnymi werblami to żadne novum. Efekt, który udało się uzyskać to, jak na 2013, absolutne minimum i nie ma podstaw sądzić, że nie można było zrobić tego lepiej. Zwłaszcza znając takich producentów jak Szatt czy Galus. Jest dobrze, ale bez przesady z tymi pochwałami z dupy.

Realny problem stanowią niewątpliwie goście. Narzekam na to w co drugiej recenzji i dalej nie jestem w stanie pojąć po co ludzie, którym się ewidentnie nie chce, nagrywają gościnne zwrotki? Tutaj nie ma dobrych featów, od biedy można zostawić zwrotkę Bonsona, ale i to jest dyskusyjna sprawa. Tak samo nie rozumiem po co osoba odpowiedzialna za ostateczny kształt płyty przepuszcza te wszystkie szesnastki o wątpliwej jakości.

Podsumowując, szał na tę płytę parokrotnie przewyższa jej rzeczywistą wartość. Nie twierdzę, że jest ona jakaś wybitnie niska, ale na "Pasie Oriona" jest trochę niedociągnięć, które trzeba poprawić. Prócz tego jest również naprawdę niezła baza, na której można budować naprawdę dobre projekty. W przyszłości.

7/10 


Continue reading →
23.10.2013

Miuosh x Onar - Nowe światło [2013]

22 komentarze

Z zeszłorocznych recenzji: "Przemytnik emocji" - 8/10, "Prosto przed siebie" - 7/10. Przy takich podstawach wspólna płyta odpowiedzialnych za te tytuły powinna być dobra, a przynajmniej niezła. Niestety, ale tym razem rację mieli hejterzy: "Nowe Światło" to - jak na razie - jedno z najgorszych wydawnictw 2013 roku.

Geneza powstania tej płyty nie jest zbyt skomplikowana: nawrócony na truskul Onar zauważył, że taki Miuosh sprzedaje więcej, niż on w swoich najlepszych czasach. Zapragnął więc dogonić młodszego kolegę. Wszystkie inne tłumaczenia to bujda na resorach, ponieważ coś niezbędnego przy albumie duetu nie będącego na co dzień zespołem - chemia, tutaj po prostu nie istnieje.

Następnym zarzutem o podobnej wadze jest "demowość" materiału. Wszystkie, podkreślam WSZYSTKIE wokale brzmią, jakby były nagrane za pierwszym razem i bez jakichkolwiek poprawek. Efekt? Tutaj wyszło nieźle, tutaj chujowo, tutaj nikt nie wie o co chodzi. Ale czas nas goni, więc składamy to w całość tak jak jest. Jak widać żaden z raperów nie jest Mesem, żeby na kacu stanąć przed majkiem i na raz nawinąć cały tekst łącznie z refrenami. Niestety, ale obaj o tym zapomnieli, czego wynikiem jest przede wszystkim tragiczne stękanie w refrenach ("Kilka słów", "Miało mnie tu nie być", "Fejmhejter").

Niewiele lepsze wrażenie odnosi się przy obcowaniu z bitami. Nie widzę innej opcji jak to, że po prostu na chybił-trafił wybrano 12 (odejmuję intro i outro) podkładów, które jakoś tam pasowały i jazda. Wszystkie klasyczne, każdy mógłby być lepszy i żaden się nie wyróżnia. Ewentualne kapkę wyżej można sklasyfikować wyprodukowane przez Pawbeatsa Inflammatio oraz Offusciatio.

Tekstowo to typowy album o wszystkim i o niczym, jednak znacznie bliżej mu do tego drugiego określenia. Po raz setny o rapie, wybiciu się, korzyściach z tego płynących, pierdolenie o tym jak się człowiek zmienia. Wszystko pisane na kolanie, brak już nawet nie wysokiego poziomu, a zwyczajnej przyzwoitości. Do tego absurdalny "Fejmhejter", na którego bolączki mam świetne remedium: ZEJŚĆ ZE SCENY.

Przy tak tragicznym poziomie goście (mimo małej ilości) nie mieli żadnego poziomu ze zjedzeniem projektu. Włodi i Pezet w dwóch zwrotkach zaprezentowali się lepiej, niż marni gospodarze w 12 trackach. JWP po prostu dało radę.

Od początku do końca jest to płyta zrobiona dla pieniędzy i co do tego nie mam żadnych wątpliwości: zero jakiejkolwiek koncepcji, byle nagrać, zamknąć i liczyć z tego hajs. Słowem: wszystko byle jak. Tylko gdzie w takiej sytuacji jest to tytułowe "Nowe Światło"? Bo przecież nie ma go ani w poziomie (dziesiątki tak chujowych albumów), ani w pomyśle (dziesiątki albumów nagranych dla hajsu na odpierdol). Owocującą grubszym portfelem operację wzajemnej wymiany targetu uważam za zakończoną.

2/10


Continue reading →
20.10.2013

Flint - Stary, Dobry Flint [2013]

7 komentarze

Po  "Warszawskim ZOO" wydawało się, że Flint wreszcie znalazł pomysł na siebie. W związku z nierównym poziomem  zeszłorocznego albumu czekałem na kolejne, tym razem już mocniej dopracowane LP. Zamiast tego dostałem płytę, której nazwa zamiast oksymoronu "Stary dobry Flint", powinna brzmieć "Dwa kroki do tyłu, pół wprzód".

Rok temu zaczynałem pisanie z pozycji "na pewno będzie chujowe", a kończyłem na "jakie to dobre". Teraz sytuacja się odwróciła i choć rozpoczynałem z "na pewno będzie przynajmniej dobre", to skończyłem na "ale co z tego, skoro jest to stanie w miejscu, a wręcz cofanie się".

Bądźmy szczerzy: do momentu odkrycia elektroniki Flint był przeciętnym raperem, którego grupą docelową był nikt. Dosłownie, ponieważ warszawski raper nie miał do zaoferowania nic, poza zwycięstwem w WBW u schyłku jego popularności. Jak widać odbiór "WWA ZOO" nie spełnił oczekiwań, ponieważ raper zdecydował się na powrót do korzeni, a z elektronicznej zajawki pozostały jedynie pojedyncze smaczki.

Uważam, że popełnił tym samym ogromny błąd: efektem tego posunięcia jest powrót do stanu braku oferty dla kogokolwiek. Zmiana bitów nie niesie za sobą ani poprawy flow, ani wyższej formy tekstowej: otrzymujemy to, co wcześniej, tylko leciutko podrasowane. To za mało.

Chwali się, że swój udział przy produkcji mieli żywi muzycy, ale spójrzmy prawdzie w oczy: nie uświadczymy w związku z tym wielkiego skoku jakościowego. Dobre podkłady oparte o klasyczną stylistykę, do tego mocno wzbogacone przez aranże na pewno nie zasługują na hejty, niemniej żadna to bomba, ani tym bardziej nowa jakość.

W tej sytuacji trudno, aby za uproszczeniem warstwy muzycznej szło lepsze flow. Flint dobrze siedzi na bitach (już na WBW radził sobie całkiem nieźle) i nie ma się do czego przyczepić. Fajerwerków również nie stwierdzono, co jest kolejną składową braku wyrazu.

Tekstowo również nie uświadczymy tutaj nic, czego nie znalibyśmy z poprzednich albumów Flinta. W zasadzie nasuwa się analogia, do której sam odwołał się w wywiadzie u Rawicza. Stwierdził tam, że chciałby wydawać płytę co roku, podobnie jak O.S.T.R. Właśnie w tym kierunku zmierzają liryczne wyczyny warszawiaka: kolejne refleksje nad życiem prosto od zwykłego ziomeczka z bloku obok. Jeżeli ktoś lubi to ok., ale po raz kolejny - bez fajerwerków. Trzeba uczciwie przyznać, że wartość takich utworów jak "Blok",  "Przyjaciółki, koleżanki, kumpele" czy "Bez przypału" bazuje na nostalgicznym podejściu do tego rodzaju przygód, które każda osoba w wieku gospodarza nie raz i nie dwa przeżyła.

"Stary, dobry Flint" to nic specjalnego i nie ma się co czarować, że jest inaczej. Przeciętne bity, przeciętne teksty, solidne flow i brak czegokolwiek, co mogłoby tę produkcję wyróżnić. To krok wstecz, który dla osób zaznajomionych z "Warszawskim ZOO" jest nie do przyjęcia. Stary, bezbarwny Flint.

6/10



Continue reading →
19.10.2013

Deobson - Oddycham [2013]

2 komentarze


Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że powrót Deobe jest równie prawdopodobny, co nagranie drugiej płyty przez Eisa. W 2012 coś zaczęło pękać: Deobson nagrał numer, zaczął pojawiać się na featuringach, oraz odświeżył "Ten czas w tym miejscu". Na koniec zapowiedział możliwość wydania EP-ki, która ostatecznie przerodziła się w pełnoprawne LP.

Na co dzień nie szczędzę krytyki dla Popkillera, ale tutaj muszę uczciwie przyznać, że gdyby nie oni (a konkretnie gdyby nie Ematei) to tego powrotu by nie było. Zamiast tego dalej moglibyśmy spekulować "co by było gdyby" w stosunku do kolejnego rapera.

Chciałoby się, żeby każdy powrót stał na tak wysokim poziomie jak "Oddycham". W zasadzie można powiedzieć, że ten album jest doskonałym schematem dla innych emerytowanych MC, którzy w zaciszu swoich korporacji rozważają reemigrację na łono rapgry.

Przyznaję, po singlach miałem dość spore obawy. Po odsłuchu całości okazały się niemal zupełnie bezpodstawne. Klimat całej płyty doskonale opisują wersy pochodzące z pierwszego numeru: "Będę grzebał w ranach tu i strzelał do domenów z broni / Monotematycznie zamierzyłem ten ekshibicjonizm". Ten album stoi emocjami od pierwszego do ostatniego utworu.

Przy takim kalibrze doskonale sprawdza się zdroworozsądkowa długość: 11 numerów (nie liczę bonusu oraz remixu) w połączeniu z częścią lżejszych bitów sprawia, że na pewno nie zmęczymy się materiałem. Jeżeli mowa o bitach, to wiadomo: ksywkę BobAir można propsować w ciemno. Nie inaczej jest na tej płycie: klasyczne, ale nie prostackie, klimatyczne bity świetnie dopełniają nastrój, o którego stworzenie chodziło. Zastrzeżeń nie mam również do Karasa i PTK, jednak różnica istnieje i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej.

Bardzo cieszę się, że Deobson nie zapomniał jak się rapuje i na "Oddycham" zamiast paraolimpiady prezentuje nam w pełnej okazałości stylówkę z 2004. Jak sam twierdzi, nie jest to wynik żadnej ciężkiej pracy, ale liczy się efekt, który jest naprawdę dobry. Zwłaszcza jeśli chodzi o podkreślanie emocji, które powodują autentyczne ciarki na plecach.

Tematycznie jest to lekko melancholijne rozliczenie z przeszłością połączone z opisem życia, które bardzo mocno kontrastuje z tym znanym z poprzedniej płyty. Parafrazując bonus track "Nie ma już dziwnych przygód, nie ma zdrowia na zbyciu" - sedno. Zamiast balowania na wszystkie możliwe sposoby, jest zmaganie się z wyrażanym czy to przez śmierć rodziców czy to przez mus pracy w korporacji brudem dnia codziennego. Co ważne, nikt tu nie znajdzie porad jak żyć (co nagminnie zdarza się przy okazji dotykania takich tematów), a po prostu pełnokrwiste opisy. Możesz się z nimi utożsamiać bądź nie, ale docenić trzeba.

Featy należy podzielić na dwie części: pierwsza, czyli kwestie śpiewane, stoi na bardzo wysokim poziomie. Gorzej z drugą, czyli rapowaną: nie wiem, kim jest Piter, ale tak samo jak Shot jest tutaj całkowicie zbędny. Tek' i Maz nawinęli fajne, życiowe teksty, ale w sposób, który jest nie do przyjęcia. Podobne (chociaż mniejsze) zastrzeżenia mam do Rovera. Huczu standardowo - chujowo. Zeus i Te-Tris faktycznie podnoszą poziom numerów, w których wystąpili i o to w tym chodzi (złośliwości związane z przytaczaniem wersów o Deobe pochodzących z S2MNR sobie daruję). Eskubeia można posłuchać z sentymentu i to by było na tyle.

Jak pisałem na początku: ta płyta powinna być obowiązkowo puszczana każdemu, komu w głowie kołacze się myśl o powrocie na scenę. Jeżeli po jej przesłuchaniu dojdzie do wniosku, że jest w stanie nagrać materiał na zbliżonym poziomie - ok, niech to robi. Jeżeli nie, to niech da wisieć mikrofonowi na kołku w spokoju. Mimo, że spójne "Oddycham" nie jest złym albumem, to Deobsona bez wątpienia stać na więcej i na to w niedalekiej przyszłości liczę.

7/10





Continue reading →
15.10.2013

Wojtas - 23 [2013]

9 komentarze

"23", czyli kolejna płyta z serii "chuj wie po co to wyszło". Chyba tylko i wyłącznie dzięki względnemu sukcesowi poprzedniego albumu, którego współtwórcą był Wojtas.

Mowa oczywiście o "Hurrapie". Do dziś nie rozumiem hajpu na ten materiał. Podobnie zresztą jak 17. miejsca na OLiS dla drugiej solówki członka Wzgórza.

Mimo że ostatnimi czasy chujowych powrotów mamy aż w nadmiarze, to Step postanowił sięgnąć jeszcze głębiej do kieszeni swoich słuchaczy i odgrzał kotlet, którego miejsce jest w chłodni.

Kotlet przyrządzony w sam raz na lata '90 polskiego rapu:  częstochowskie rymy, populizm, absurdalne roszczenia w stosunku do polityków, trochę o jaraniu i ciężarze życia. A wszystko to na klasycznych bitach, zarapowane w sposób nie do przyjęcia nawet 10 lat temu.

Zresztą część muzyczna również zatrzymała się w czasie. Jak przeszczepić konwencje boom bapowe na dzisiejsze lata, pokazał parę dni temu Sir Michu. Z drugiej strony: czego można było spodziewać się po ujrzeniu na trackliście dopisku "prod. Liroy"?

Do tego ilość gościnek, które spokojnie obstawią pierwsze 10 miejsc w podsumowaniu na najgorszy featuring roku. Z zastrzeżeniem, że pierwsze miejsce bezapelacyjnie należy się Grubsonowi. Rybnicki raper zwrotką z "Nie martw się" przebił wszystkie swoje poprzednie dokonania razem wzięte.

Wszystko poskładane do kupy od pierwszego do ostatniego numeru razi topornością. Starsi słuchacze mogą nabrać się na sentymentalny track o Kielcach, młodsi tego nie kupią. I dobrze, bo materiał na to nie zasługuje.

2/10


Continue reading →
12.10.2013

Potwierdzone Info (Tede / Diox / Sir Michu) - Przypadek? #Niesondze [2013]

19 komentarze

Z jednej strony "Przypadek? #niesondze" to doskonały przykład, że przy wysokiej formie w jednym roku można wydać trzy albumy i na każdym być fresh. Z drugiej potwierdza się diagnoza mówiąca, że w przypadku braku potencjału maks co możesz zrobić to nagrać jedną niezłą płytę. Później już tylko równia pochyła.

Początkowo "Potwierdzone info" miało zakończyć działalność na jednym numerze. Potem przez EP-kę skończyło się na całej wspólnej płycie. I wszystko byłoby fajnie, gdyby bijąca z tekstów konwencja mixtejpu została rozciągnięta również na dystrybucję: słychać, że jest to płyta nagrana w kilka-kilkanaście dni i wypuszczanie jej jako pełnoprawnego LP to zwykłe nieporozumienie.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę okres ~1,5 roku, to recenzowany album jest szóstym materiałem Tedego i raptem drugim Dioxa. Przy takiej proporcji oczywistym jest, że to ten drugi powinien być synonimem słowa świeżość i jeśli nie dominować, to chociaż dotrzymywać kroku TDF-owi. Taki chuj. Chociaż ma to również swoje dobre strony - nawet najbardziej zagorzali zwolennicy członka HiFi Bandy muszą przyznać, że żaden z niego raper.

Po newschoolowo-bengerowym "Elliminati" Sir Michu  (za sprawą Dioxa) zupełnie zmienił klimat, dzięki czemu otrzymujemy do szpiku boom bapową, żywcem wyjętą z lat '90 płytę. W związku z zwyżkującą formą nadwornego producenta WJ, nie mam zamiaru nad tym faktem utyskiwać - bity stoją na naprawdę wysokim (nie tylko dla swojej konwencji) poziomie. Nie jest to bezmyślne samplowanie (o której Micha oczywiście bym nie posądzał), a najwyższej próby inspiracje końcówką ubiegłego stulecia.

Do poziomu podkładów dostosowuje się Tede, dla którego nie było najmniejszego problemu z konwersją na klasykę i dopasowanie się do bitów zgoła odmiennych od tych znanych z "Elliminati". Większych problemów z nawijką nie odnotowano również u Dioxa, jednak to żadna niespodzianka - w końcu to naczelny truskul III RP.

Niby wszystko fajnie, więc skąd tak niska ocena? Głównie przez poziom tekstów, a raczej jego brak. Na kilometr słychać tutaj luźne, typowo mixtejpowe podejście, czyli "piszęwszystkocomiwpadnienamyśl". Takie płyty również są potrzebne, ale ich konwencja powinna być zachowana na każdej płaszczyźnie. Wypuszczając je jako pełnoprawny album odczuwam niesmak, ponieważ jest to produkt zwyczajnie niedopracowany.

Pół biedy, jeśli chodzi o wersy Tedego, który poza tłuczeniem po raz setny historii o tym jak to (na własne życzenie) był persona non grata polskiego rapu, raczej bawi się konwencjami. Ogromny problem stanowi tutaj Diox i jego z dupy mądrości życiowe. Dla przykładu takie "Ktoś rozjebał", gdzie tak na dobrą sprawę TDF wrzuca na towarzysza, który wiezie się jakby miał nie 28, a 38 lat. Poza tym członek HiFi parokrotnie raczył zdissować samego siebie ("kto nie stoi w miejscu ten się cofa dwukrotnie", należy się rozwijać, rady, aby inni nie udzielali rad (sic!)), dostało się również Fiodorowi (wspominane "Ktoś rozjebał",  bezmyślne wychwalenie lat '90, hejtowanie trapu). Nie wiem kto składał całość, ale chyba kolejny głuchy. Podobnie zresztą jak Sokół, który musiał to puścić do ludzi.

Tede udowodnił swoją wszechstronność: zaraz po nagraniu (w większości) newschoolowej płyty był w stanie zmienić styl i bez problemu pociągnąć cały album na boom bapach. To podkreśla niezwykłą chemię między Sir Michem a TDF-em oraz pokazuje, że na "Elliminati" bity dopełniały, a nie nadrabiały poziom. Diox natomiast udowodnił, że jest zakompleksionym truskulem, który nie potrafi napisać zwrotki bez złotych porad i/lub podkreślania, jak bardzo ma wyjebane na krytyków (nie mylić z hejterami) i/lub bezmyślnego hejtowania newschoolu i którego horyzonty są węższe niż wagina dziewicy  = niech już zakończy tę żałosną "karierę" i przestanie się kompromitować.

6 - 1 za dioxa = 5/10



Continue reading →
10.10.2013

Słoń/Mikser - Demonologia 2 [2013]

22 komentarze

Po odsianiu opinii różnej maści psychofanów, którzy w Słoniu widzą pomazańca bożego, najczęstszym określeniem padającym w odniesieniu do tej płyty jest "Gimbologia". Sam podchodziłem do sprawy podobnie, jednak po zapoznaniu się z materiałem musiałem nieco zrewidować poglądy.

"Demonologia 2" to już trzeci album nagrany na horrorcore'ową modłę. Poprzednie dwa na kolana nie rzucały, miejscami były wręcz infantylne ("Love forever"), jednak zapewniły Słoniowi (jako pierwszemu popularyzatorowi tego nurtu) dość solidną dawkę fejmu.

O ile poprzednią część można było jeszcze znieść, tak dwójka jest przede wszystkim za długa. Tak, przy planowaniu płyty powinno brać się pod uwagę również możliwości w stosunku do klimatu. W przypadku gdy jest on dość mocno popierdolony, nawet największy fan może mieć przy 27. numerach zwyczajnie dość.

Kolejna, dość poważna sprawa to brak choćby śladów jakiegokolwiek skillsowego progresu. Słoń szerszej publiczności jest znany mniej więcej od 5 lat (pierwszy mixtape WSRH) i od tego czasu w kwestii wokalnej nie ruszył ani o krok. Stoi dokładnie tam, gdzie stał, czyli w miejscu, gdzie monotonne rapowanie wszystkich numerów w identyczny sposób jest fajne. Zwracałem na to uwagę już w 2010, przerażającym jest, że przez 3 lata nic się nie zmieniło.

Na drugim biegunie znajduje się Mikser, który odpowiada za stronę muzyczną obu "Demonologii". Nie mówię, że zrobił jakiś niewyobrażalny progres, ale bity są znacząco lepsze, niż na poprzednich projektach. Usłyszymy klasyczne podejście przemieszane z elementami właściwymi horrorcore'owi i smaczkami, które nadają psychodeliczny sznyt, który po prostu musiał grać tutaj jedną z głównych ról. Ta część duetu z pewnością stanęła na wysokości zadania.

Przejdźmy jednak do clou, czyli warstwy tekstowej: w końcu to ona determinuje taki a nie inny wydźwięk całego materiału. Na początku muszę uczciwie przyznać, że Słoń poczynił pewien progres. Jak wspomniałem na początku recenzji: poprzednie płyty były miejscami najgorsze, a storytellingi wręcz infantylne. Na "D2"  jest ich wprawdzie za mało, ale znalazły się dwa na niezłym poziomie. Mam na myśli oczywiście "Barana" oraz "Anię", po zrozumieniu inspiracji całkiem nieźle wypada również "Pan Patryk". To się chwali, chociaż formy z tych 3 numerów nie dało się utrzymać i takie "Suro" to po prostu zwykła, banalna historyjka jakich wiele. Inny problem jest z "Królem Szczurów", który jest niezłą próbą, spierdoloną jednak przez brak umiejętności: zarówno emocje jak i akcenty wypadają tak bardzo drewnianie, że psują cały efekt.

Poza tym za dużo tutaj tracków o wszystkim i o niczym, które (w większości) opierają się po prostu na zbiorze mniej lub bardziej trywialnych panczy, przeplatanych pojedynczymi przebłyskami. Momentami przebijanie się przez linijki typu "ty mieszkasz we wsi Dupa i masz na nazwisko Kutas" lub "płynę tak po bicie, że dostaniesz choroby morskiej" jest naprawdę ciężkie. Poza tym drugim wersem padło tutaj trochę autodissów, psujących świadomemu słuchaczowi odbiór. Doskonałym przykładem jest hejt na dużą część fanów, bez których przecież byłby w zupełnie innym (gorszym) miejscu. Nie wierzę, że Słoń nie zdaje sobie z tego sprawy. Natomiast jeżeli jest odwrotnie, to powinien odciąć się już wcześniej.

Do tego płyta stoi fatalnymi refrenami i równie fatalnymi featuringami.

Co do punktu pierwszego, to Słoń ze swoją wokalną gracją (nomen omen) słonia po prostu męczy i kompletnie nie czuje istoty refrenów. Co jeden to gorszy, zaś kwintesencja braku tej umiejętności obnażona została przy okazji powtarzania wyrazów/wersów - krew z uszu.

W tej drugiej kwestii Paluch, Antek, Kacper HTA, Grubas WZW, Sheller i Kaen nadają się tylko do wycięcia, nie widzę nawet jednego plusa ich udziału. Pih pokazał stronę, w jaką powinien iść gospodarz, żeby wreszcie stać się słuchalnym. Numer z Te-trisem i Jinxem odstaje od klimatu całej płyty i to go ratuje. 1/2 Proximite zarapowała całkiem nieźle, natomiast Tet dał naprawdę dobrą i opartą na błyskotliwych panczach zwrotkę - tego właśnie od niego się oczekuje. Oddzielny hejt leci w stronę Eripe, który w ogóle nie wyczuł bitu i nawinął najgorzej na świecie. W dodatku dogrywając się Słoniowi pokazał, ile warte są jego dissujące połowę sceny linijki.

Jestem za rozwojem każdego gatunku rapu w Polsce, dlatego ubolewam nad poziomem płyty, która jakby nie patrzeć jest popularyzatorem horrorcore'u. Nawet, jeżeli nazwiemy go gimbo. Za dużo tutaj tracków i niedociągnięć, a dobijającym jest fakt, że najlepiej prezentuje się okładka.

PS po przemyśleniach obniżam ocenę do 4.

4/10





Continue reading →
06.10.2013

PMM - Zatrzymać Gniew [2013]

6 komentarze

Polski Mistrzowski Marazm - tak można określić fakt, że najsłabsza płyta w dyskografii zespołu, będąca przy tym pochwałą stania w miejscu, dotarła na 7. miejsce OLiS-u.

Jest mi tym bardziej szkoda, że niegdyś PMM był autentyczną nadzieją na rozruszanie (wtedy) nudnej jak pizda sceny. Inspiracje rapem zza Odry dawały nadzieję, że poza oczywistymi podziałami rodem z USA, wytworzy się również nurt niemiecki.

Szczeciński skład postanowił jednak porzucić tę drogę i w obliczu braku zadowalającego odzewu pójść na łatwiznę. Pomoc przyszła z Łodzi - uzbrojenie w do porzygu klasyczne (chociaż zrobione na dobrym poziomie) bity było możliwe dzięki znajomości z O.S.T.R.-em.

Jak nawijał Łona " To koncepcji wymaga wprost niezwykłej / Wydać płytę stanowiącą poprzedniej płyty replay". "Zatrzymać gniew" to nic innego, jak bezczelna kserokopia "Poza horyzont". Monotonne teksty o życiu codziennym (lekko zahaczające o uliczny rap), nawinięte w równie monotonny sposób, na jeszcze bardziej monotonnych, klasycznych bitach.

Wszystko przeplatane NAJGORSZYMI refrenami i przyozdobione aż 10 nic nie wnoszącymi featuringami. Jakby komuś jeszcze było mało, to może skosztować 11 numerowego mixtejpu, który poza zmiksowaniem przez DJ, niczym nie różni się od płyty właściwej. Następnie zaleca się wypić potrójne espresso dla rozbudzenia.

Najnowszy album PMM to kolejna nic nie wnosząca produkcja. Równie dobrze mogłoby jej nie być i nic (poza stanem portfeli Głowy i Węża) by się nie zmieniło. Następny materiał mogą sobie z góry darować, bo ani nie są żywą legendą, ani nie mają ilości fanów niezbędnej do tego typu ruchów.

2/10



Continue reading →
04.10.2013

Gonix - Funky Cios, Sexy Głos [2013]

13 komentarze

Najgorsze w przekraczaniu granic w polskim wykonaniu jest to, że często biorą się za to ludzie kompletnie nieświadomi odpowiedzialności, jaką na siebie przy takim posunięciu biorą. Wprawdzie Gonix nie jest tego typowym przykładem, ale od takich osób oczekuję znacznie więcej.

Szerszemu gronu słuchaczy Gonix jest praktycznie nieznana.  Poza featuringami u Wdowy i Smagalaz nie nagrała nic, co miałoby szerszy odbiór. Jej fejm był tak tragicznie niski, że musiała sama szukać wydawcy (poprzez YT). W czasach, kiedy legal może mieć każdy (łącznie z Karwelem i Sitkiem) takie akcje nieco uwłaczają Rozumowi i Godności człowieka.

Początkowo "Funky Cios, Sexy Głos" miało być płytą, na której znajdziemy 6 ballad i 6 dynamicznych numerów. Ostatecznie z konceptu nie zostało niemal nic, ponieważ ballady skurczyły się do 2, zaś na playlistę wskoczyły również typowo rapowe tracki.

Po skończonym odsłuchu skojarzenie było jedno: Nicki Minaj. Nie wiem, czy Gonix inspirowała się właśnie nią, natomiast brzmieniowo ten album jest bardzo bliski legalnemu debiutowi pierwszej damy YM. Jak wiadomo, "Pink Friday" wzbudził wiele kontrowersji i przez słuchaczy rapu nie został przyjęty zbyt dobrze (w przeciwieństwie do fanów radiowej papki), niemniej miał trochę naprawdę dobrych i stosunkowo mało naprawdę złych momentów. Tutaj jest podobnie.

Zarówno strona muzyczna, jak i wokalna są niesamowicie eklektyczne. W tym pierwszym przypadku jest to eklektyzm nie tyle rapowy, co gatunkowy. Usłyszymy tutaj dźwięki kojarzące się z elektroniką (a w szczególności eurodance), soulem, r'n'b, różnymi rodzajami rapu (od rapu klasycznego po minimalistyczne wygrzewki). W swoich konwencjach podkłady są wyprodukowane naprawdę świetnie i nie ma się do czego przyczepić. Najwięcej do powiedzenia mieli P.A.F.F. oraz mało znana grupa Melody Group. Poza nimi swoje trzy grosze dorzucili również Grrracz, Święty, Zielas oraz Makul.

W tym międzygatunkowym tyglu zadziwiająco dobrze odnajduje się gospodyni. Bez kompleksów (dosłownie) zapierdala po bitach na sto sposobów, ze śpiewaniem i melorecytacją w trakcie ballad włącznie. Tak szeroki wachlarz umiejętności powinien zrobić wrażenie na każdym. Nawet, jeżeli mózgotrzep "Ego trippin" nie przechodzi ci przez uszy więcej niż raz, to musisz przyznać, że Gonix odnalazła się tam idealnie.

Największym problemem są teksty. Raperka twierdzi, że "jej styl to nie łatwizna" i że "używa trudnych słów". Z trudnych słów wyłowiłem tylko ŹLE użyte "paralele". Poza tym błędy językowe typu "swetr" albo mylne użycie "tudzież" są dyskwalifikujące dla przewózki reprezentowanej na tym albumie. Drugą irytującą rzeczą jest feministyczny sos, w którym pływają wszystkie braggi. Jak słyszę setny raz o tym, jaka to jest "inna", niezależna, samowystarczalna i w ogóle zajebista, a chwilę później pada pancz ze wspominanym wyżej swetrem, to czuję lekki dysonans.

Cała płyta do dobra próba, ale tylko próba. Błędy są do wyeliminowania, jednak nawet po takim zabiegu nie wróżę Gonix sukcesu - głównie przez to, że słuchacze nie są jeszcze gotowi na taką mieszankę. Jeżeli przetrawisz tytułowy numer, to bierz się za całość - warto wiedzieć, że taki album powstał. Jeżeli nie, to możesz już pisać komentarz, że chujowe techno, a ja się nie znam i Radio Pezet 8/10.

6/10 


Continue reading →
01.10.2013

Kidd - Rap i jego sobowtór [2013]

22 komentarze

"Nawet nie wiesz jak bardzo przechodzę siebie / próbując współtworzyć scenę, która szczerze mnie jebie" - zgodnie z tym wersem Kidd po raz kolejny łaskawie pozwolił słuchaczom i raperom ogrzać się w blasku swojej zajebistości, pokazując przy tym, jak powinien wyglądać dobry rap

I wszystko byłoby fajnie, gdyby ten typ albo miał o tym pojęcie, albo chociaż umiał rapować. Na recenzowanym albumie nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to mylne przeświadczenie o swojej zajebistości i setki nietrafionych, pisanych na podstawie wyimaginowanych problemów i równie wyimaginowanych rozwiązań linijek. Specjalność wszelkiej maści lewactwa.

Na początku chciałbym jeszcze raz wyrazić swoje głębokie ubolewanie w związku z tym, że Kidd nie zakończył swojej kariery po karykaturze dobrej płyty, jaką była "Ddekombinacja". Jak widać "Spoken Word" trafiło w taką samą próżnię, jak rapowa część jego twórczości, dlatego postanowił powrócić do czynności, o której nie ma zielnego pojęcia i do której nie ma nawet cienia predyspozycji.

Często naigrawam się czy to z Laika, czy to Bisza, czy to innych raperów, których flow pozostawia wiele do życzenia. Jednak oni mają jakieś zalążki, albo wiedzą, do czego powinni dążyć i czasem im się to nawet udaje. Założyciel Skweru nie wie nawet tego, dzięki czemu jego "rozwój" przypomina prowadzenie głuchego kulawego przez ślepca bez uszu.

4 akapity hejtingu wystarczą, przejdźmy do meritum. "Rap i jego sobowtór" to kontynuacja kompromitacji, której mamy wątpliwą przyjemność doświadczać od ponad dekady: jestem lewackim inteligentem, w związku z czym wymyśliłem sobie, że będę rapować, a przy okazji kontestować poziom sceny (który nieświadomie zaniżam).

Zaniża nie tylko umiejętnościami wokalnymi, ale również tekstami. Co z tego, że Kidd jest oczytany i czasami potrafi miotnąć wersem, który naprawdę rozpierdala czaszkę, skoro chwilę później usłyszymy, że jakby chciał porywać tłumy, to porwałby samolot, a zaraz po tym gimnazjalny "pancz", będący parafrazą albo "chuj ci w dupę" albo "klękaj do berła". Dzięki takim "zabiegom" sensowne linijki są przykrywane i wszystko wychodzi na zero. Tak, na zero, ponieważ może nie zachwyt, ale pozytywne wrażenie po dobrych wersach (np. te o HG i Wellsie albo o piciu za Polskę) jest natychmiast zacierane albo przez wymienione wyżej czynniki, albo przez drugie dno, które często gęsto jest lewackie.

I tak to się właśnie kręci przez całą płytę: narzekania na wszystko dookoła z naciskiem na rap, za pomocą wątpliwej jakości środków. Mówiąc "wątpliwej" bynajmniej nie mam na myśli niektórych gości (Jeżozwierz rozjebał, Laik dał radę, reszt out) oraz bitów.

Właśnie. Jeżeli o tej płycie można powiedzieć cokolwiek dobrego, to bez wątpienia będą to nieszablonowe podkłady. Obie ksywki chwaliłem już niejednokrotnie, zaś tutaj udało im się uzyskać efekt synergii. Niesamowita chemia między oboma producentami, na którą składa się nieco bliższe klasycznemu podejście Zioła połączone z eksperymentalno-minimalistyczno-downtempowymi jazdami Zaspała daje fenomenalne połączenie.

Oczywiście bity niewiele tutaj zmieniają i ocena płyty nie może być inna, niż żałosne nieporozumienie. Album to kopalnia absurdalnych wersów, z którymi rozprawienie się zajęłoby kilkanaście dobrych stron. Bardzo ubolewam nad zmarnowaniem takiej ilości zajebistej muzyki na dukacza, który przez dziesięć lat nie znalazł nawet drogi do flow. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że moja niska ocena utonie w oceanie internetowych peanów na cześć tego wacka.

0 + 1 za bity = 1/10


Continue reading →

Kategorie