27.06.2012

Osąd rapera: Solar/Białas

24 komentarze


W związku z tym, że po Internetach latają plotki, mówiące, iż raper SolarBiałas ma zostać przyjęty do jakieś bliżej nieokreślonej wytwórni stwierdziłem, że to dobry moment, żeby podsumować ich karierę i dokonania w undergroundzie. Jest to naprawdę ciekawy przypadek, ponieważ gorsi raperzy od tej 2 mają znacznie większy fejm, a oni sami zmagają się ze szklanym sufitem od ~2 lat. Oczywiście nie jest to jednoznaczne z tym, ze fejm im się należy.

Na początek łyk historii. Solar – znany głównie z płaczu z powodu przegranej walki oraz marnego podrabiania Mesa i chujowego humoru „Na fali mixtape.” Uważam, ze ten typ ma kurewskie szczęście, że ludzie puścili te incydenty w niepamięć, ponieważ z perspektywy czasu żalenie się i jechanie po słabych grajkach przez typa, który daje żarty na poziomie „do wygrania jest 5 kilo sproszkowanego kału:”


Brzmią po prostu ŚMIESZNIE. Zapomniał wół jak cielęciem był.

Potem wprawdzie Solar zaliczał sukcesywny progres, jednak niesmak pozostaje. Poza niesmakiem pozostaje ciągły brak „tego czegoś.” Niby flow jest, niby niezłe teksty są, ale Solar nie wyróżnia się niczym. Jeżeli przed majkiem stanąłby ktoś, kto ma pojęcie o rapowaniu i poleciał swój tekst, to nikt by nie zauważył różnicy.

Trochę inaczej ma się sprawa z Białasem. On akurat jest faktycznie charakterystyczny, zdarzają mu się suchary, ale większość jego wersów ma wartość, plus są napisane w charakterystyczny dla niego, ostry i bezczelny sposób. Jeżeli do tego dodamy dobre flow i charakterystyczny „nosowy” głos, to otrzymamy rapera, którego nie da się pomylić z żadnym innym.

Jest to bardzo poważna przewaga nad Solarem i jednocześnie coś, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to właśnie Białas zasługuje na wypłynięcie na szerokie wody, a nie jego kolega. Przemawia za tym także dorobek płytowy, Białas był dobry jeszcze w czasach, kiedy Solar kserował Mesa i sprzedawał swój mixtejp za grosze. 
(Poniżej track poglądowy, żeby pokazać poziom Białasa)



Pod szyldem Solar/Białas wydali 5 płyt, z czego przełomowy okazał się mixtejp „Burza po ciszy” z lutego 2010. Również uważam, że była to najlepsza płyta tego duetu, jednak nie jest to równoznaczne z tym, że był to materiał wyjebujący z butów. Takie 6/9.

Potem był już tylko gorzej: 2 solówki (w tym słaba Solara i dobra Białasa) oraz 2 mixtejpy potwierdzające tezę, że konwencja Solar/Białas na dłuższą metę jest nudna i nie przyciąga tak naprawdę niczym. Ukoronowaniem i potwierdzeniem tego założenia jest oczywiście pierwszy „normalny”, długogrający materiał „Z ostatniej ławki”, który jest niczym innym, jak kalką wcześniejszych dokonań, tym razem na autorskich bitach. I to miało kogokolwiek rozjebać?

W tzw. międzyczasie pomiędzy wydawaniem kolejnych mixtejpów raperzy coraz mocniej zaznaczali, że tacy wspaniali zawodnicy jak oni duszą się w podziemiu, a jakieś dinozaury pokroju Parias robią hajs. Zaczepki na takie osobistości połączone z wylewaniem frustracji z powodu tkwienia z w podziemiu (<skrecz>jestem tam z tych co chcą, nie z tych, co tkwią tam wciąż bo muszą</skrecz>) stopniowo się nasilały, aż wyszedł utwór, który w refrenie którego znalazły się takie oto wersy:

Stopro nas nie chce, Prosto nas nie chce 
Aptuan nas nie chce, MaxFlo nas nie chce
StepRec nas nie chce, Koka nas nie chce
a każdy wers tu jakbyś dostał kopa na serce


No kurwa jak można nawinąć coś takiego, to nie mam pojęcia. Szczyt frustracji i gorzkich żali.

Refren jawi się jako jeszcze ciekawszy, kiedy przypomnimy fakt, że jakiś czas temu bohaterzy tego tekstu wraz z grupą znajomych ruszyli z inicjatywą Understream, co miało być w zamyśle (chyba) jakimś para-labelem. Co tu dużo mówić, hajlajf na poziomie Ryszarda Peji: w jednej wytwórni się wydaje (tutaj akurat szukają wydawcy, ale to nieważne), a drugą zakłada się do wydawania innych. Jednym małym krokiem nadrobili 20 lat kariery klasyka polskiej sceny, propsy.

Kto powiedział, że oni muszą gdziekolwiek wydawać? Jak nawinął Raca, podziemie to było za czasów Dinala, teraz Solar i Białas, którzy nie dorastają tej legendarnej ekipie do pięt nagrywają gorzkie żale, że żadna wytwórnia ich nie chce. Nie lubię takiego biadolenia na przymus, ale to jest naprawdę megalomania na poziomie Eldo co je chlebki z trawy i ciągnie bałwanki z koksu.

Co moim zdaniem powinien zrobić ten duet, aby wreszcie przebić się do znacznie szerszej świadomości? Na pewno Białas powinien zrozumieć, że jego kolega jest parę leveli niżej i raczej żadnych perspektyw na poprawę. Myślę, że sam reprezentant Teresina nawet bez żadnego progresu mógłby spokojnie wbić się na poziom Hukosa, czyli całkiem niezły debiut i cały czas rosnąca popularność.

Niestety, ten scenariusz raczej się nie ziści, ponieważ nawet, jeżeli plotki potwierdzą się i duet ten trafi do Stepu, to i tak wydadzą płytę razem, w końcu nie przez przypadek Solar znalazł się w tracku Białasa z Młodych Wilków…

Continue reading →
25.06.2012

Zjawin - Wszystko Jedno [2012]

9 komentarze
Wiele razy widzieliśmy, że musi wydarzyć się coś, żeby raperzy/producenci (niepotrzebne skreślić) łaskawie dokończyli pracę nad jakimś materiałem. A to możliwość odsiadki, a to zakochanie. W tym wypadku sprawa jest poważniejsza, ponieważ do wydania płyty tworzonej od 4 lat musiała przydarzyć się śmierć autora. Przykre, ale pouczające, żeby zamykać materiały i nie czekać na gwiazdkę z nieba, bo nie znamy dnia ani godziny.

Po co dodałem ten wstęp? Ponieważ płyta nie nosi znamion niedopracowania (poza masteringiem rzecz jasna), tzn. wiadomo, brakuje trochę wokali, ponieważ miała to być płyta producencka, a nie instrumentalna, ale i tak nie wierzę, że ktoś przez 4 lata nie był w stanie dosłać swojego śladu (jeżeli jest taka osoba to niech popełni harakiri).

Tak jak wspomniałem wyżej, największym zaskoczeniem tej płyty jest mała ilość zwrotek. Wg informacji prasowych taki był zamysł Zjawina, ja jednak pamiętam co innego: miała to być płyta producencka, w sensie podkłady Bartka plus zwrotki raperów. Jeżeli wizja Zjawina była zgodna z tym, co trafiło na półki sklepowe przed kilkoma dniami, to jestem szczerze zdziwiony.

Pomijając dywagacje na temat co miało być, a co jest, to przez lata Zjawin stworzył własny styl produkcji, oparty na bardzo klimatycznych podkładach. Swoistym C.V. z jego bitami z pewnością może być „Muzyka Emocjonalna” z Pezetem, gdzie wyraźnie słychać, że to właśnie on, a nie ktokolwiek inny odpowiada za muzyczną stronę płyty.

Styl ten jest kontynuowany również na „Wszystko jedno”. 17 bardzo równych, klimatycznych podkładów tworzy spójną całość. Nie ma tutaj skakania po różnych stylach i przekrojowego potraktowania bitów. Jest to niewątpliwy plus tej płyty. Poza tym klimat ten sprawia, że na pewno nie odpalimy tej płyty w letni, gorący dzień (jednak nie czepiam się daty premiery, ponieważ nie była ona zależna od nikogo).

Podkłady, podkłady, a kto na podkładach? Kolejny raz podkreślę, że jestem zaskoczony tylko 5 rapowanymi numerami. Kiepsko przedstawia się fakt, że z tej piątki tylko 2 (słownie: dwa) numery są naprawdę dobre, są to oczywiście tracki Sokoła i Marysi oraz niezawodnej Wdowy. Z pozostałych warto odnotować dobry występ Pezeta spartaczony przez jęczenie autorstwa Flow, a także świetną i klimatyczną zwrotkę Chady spierdoloną przez Masło. Track reprezentantów SzSz ani ziębi, ani grzeje.

Druga, większa część płyty to instrumentale autorstwa głównego bohatera, z ewentualnymi wokalami pochodzącymi z sampli, oraz… od samego Zjawina. Tak, w 2 utworach to sam producent udzielił się wokalnie i trzeba przyznać, że nie wyszło to najgorzej (chociaż daleko też do zachwytów).

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi słuchać samych podkładów, ja akurat lubię od czasu do czasu włączyć taki album. Jeżeli chodzi o utwory instrumentalne, to zdecydowanie dają radę. Na tej płycie jest to szczególnie ważne, ponieważ jest to jej kręgosłup, a nie urozmaicenie. Bardzo dobrze skrojone, nastrojowe produkcje nadają płycie uroku i niepowtarzalności. Mimo szerokiego spectrum inspiracji (od Hey przez gitarowe i elektroniczne inspiracje aż do sampla z Dżemu w ostatnim numerze) płyta utrzymuje spójność i obraca się w jednym klimacie, jednocześnie nie popadając w monotonię.

Słowem podsumowania, to jest to płyta, której na polskiej scenie jeszcze nie widziałem. Nie mam pojęcia, czy stosunek intrumentali do pełnowartościowych tracków w ilości 12:5 jest dziełem przypadku, czy też założeń poczynionych jeszcze za życia Zjawina, ale koncept ten sprawdził się bardzo dobrze, podobnie jak sprawdziła się wizja brzmienia „Wszystko jedno.” Jednak wielka w tym rola producenta, ponieważ nie każdy potrafiłby utrzymać zainteresowanie słuchacza przy 12 intrumentalach, nie zanudzając go i nie zmieniając co utwór klimatu o 180 stopni. Zjawin dał radę i szkoda, że nie będzie nam już dane usłyszeć jego produkcji, bo był naprawdę wyróżniającym się producentem i ceniłem go gdzieś od 2005 roku.

W Polsce jest wielu dobrych bitkmejkerów, jednak wyraźną wizję brzmienia, która jest konsekwentnie realizowana ma naprawdę niewielu.To grono (niestety) właśnie zmniejszyło się o jedną osobę. Na lost tapes nie liczę, Polska to (niestety) nie Stany.

8/10




P.S. jest to recenzja płyty w wersji 1 CD, recenzja drugiego krążka (z remixami) pojawi się w (niedalekiej) przyszłości.
Continue reading →
22.06.2012

Czy uczestnicy pompuj rap mogli zdissować Stoprocent?

13 komentarze




Spróbujmy krótko odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule tej notki.

Dla przypomnienia: seria Pompuj Rap to konkursy, w których mc z całego kraju prezentują swoje umiejętności, a potem wrzucają to na YT. Po określonym czasie komisja trójstronna w składzie: Wini, Matheo + raper, z którym kawałek jest nagrodą w konkursie słuchają tej chujowizny w celu wyłonienia laureata.

Pierwsze, co nasuwa się na myśl w takiej sytuacji to pytanie: czy jury faktycznie odsłuchało dziesiątki internetowych raperów? Osobiście szczerze w to wątpię, bo kto po przesłuchaniu 50 osób, które nie wiedzą, że trzeba trafiać w werbel miałby jeszcze ochotę na dalsze babranie się w takim gównie?

Mam przeczucie graniczące z pewnością, że ta cała komisja po prostu odpaliła kilkanaście losowych zwrotek z czego wybrała to, co najbardziej im się podobało (nie mylić z tym, co jest najlepsze) i poszło.

O ile w pierwszej edycji przynajmniej wygrał ktoś, kto umie rapować, tak w drugiej laureatami zostały 3 noskille.

Nie wierzę, że ktoś po przesłuchaniu tych 3 uczestników konkursu:






Odrzucił opcję nr 3. Trzeba być głuchym, a ani Wini, ani tym bardziej Matheo nie cierpią na tę przypadłość, więc co to kurwa ma być? Bankowo pewne, że nie przesłuchali wszystkich zgłoszeń.

3 uczestników drugiej edycji konkursu zasmuconych takim obrotem spraw postanowiło nagrać diss na Stoprocent:


Jeszcze jakby to  trio miało jakiekolwiek umiejętności, albo czymkolwiek by się wyróżniało.
Ale skąd tam, 3 wacków wkurwionych, że nie będą mogli walczyć z internetowymi hejterami na fejmie Stoprocent stwierdziło, że powalczy z organizatorami konkursu.

Sama idea zwrócenia uwagi na oczywiste absurdy przy wyborach w tym konkursie jest godna pochwały, ale nie autorstwa osób, które brały w tym udział! Już pierwsza edycja pachniała chujem i ta trójka doskonale wiedziała w co się pakuje. Jeżeli nie wzięliby w tym udziału, to diss byłby jak najbardziej na miejscu.

Jeżeli do nie wzięcia udziału dodalibyśmy realne skille, jak np. u wymienionego wyżej Klebana, to byłby to ciekawy sposób na promocję, połączony z dużym prawdopodobieństwem, że ktoś ich zauważy.

Jednak cały potencjał został zmarnowany, a kawałek na bicie Matheo nagra jakaś Big_A, która „strzela do łaków, kiedy tylko ma majka” (szkoda tylko, że nie ma flow).
Continue reading →
21.06.2012

V.A. - Fandango Mixtape Vol. 1 [2009]

6 komentarze



Czas na evergreena, przy którym już po przeczytaniu tytułu połowa osób złapie się za głowę, a druga połowa pomyśli: „Co to kurwa jest?!” Przedstawiam jeden z najlepszych polskich (prawie)mixtejpów: Fandango Mixtape vol. 1.

Tytułem wstępu: mixtejp Fandango to kompilacja kawałków wykonawców związanych w tamtym czasie (2009 rok) z katowicką wytwórnią. Miuosh stworzył wtedy dość ciekawą i mocną rapowo ekipę, która w ramach promocji zrobiła z zajawki płytę, na której prezentują swoje umiejętności.

Główna zaleta tego albumu to bardzo luźna tematyka. Banał, bo mixtejpy zazwyczaj są luźne, jednak tutaj mimo kilkunastu artystów, którzy dołożyli swoje 3 grosze do całości, niewymuszony luz słychać od pierwszego do ostatniego utworu.

Oczywiście, czasem jest to przegięcie, jak część utworu „Gówno”, jednak są to tylko pojedyncze wpadki. W zdecydowanej większości teksty są bardzo dobre, napisane z wyraźnym mrugnięciem oka, bez przesady w drugą stronę. Nie uświadczymy tutaj pseudoluźnegohumoru Grubsona czy innego BRK.

Co tam jeszcze ciekawego oferuje nam ta kompilacja? O dziwo raperów, którzy rapują, a nie dukają. Patrząc na tracklistę przeciętny słuchacz będzie niemal pewny, że połowa to jacyś koledzy, którzy dorwali się do majka bo byli na wspólnej najebce i będą jęczeć do mikrofonu. Takie rzeczy nie mają jednak miejsca. Każdy z gości na tej płycie naprawdę umie poruszać się po bicie i nie kaleczy rap rzemiosła.

Kolejnym bardzo ważnym plusem jest dobór bitów. Mamy tutaj całą gamę naprawdę doborowych produkcji, znanych z najlepszych rapowych płyt: od Biggiego, przez Ludacrisa, Xzibita, nawet po Looptroop. Efektem tego są takie szlagiery jak „Alkoholik”, czy „Spal ten chuam.”

Do tego wszystkiego dodajmy cechę prawdziwego mixtejpu, czyli płynne przejścia między trackami. Niby nic, a jednak jest to dość istotny detal, który sprawia, że całości słucha się znacznie lepiej.

Oczywiście płyta nie jest wolna od błędów. Najważniejszym z nich jest brak DJ-a, bo jednak jest to dość istotny element tego rodzaju produkcji. Drugi, to miejscami niesmaczne teksty („Jadowity”, „Gejsong”). Mimo, że to tylko 2 błędy, to jednak nie pozwalają one na wystawienie maksymalnej oceny.

Dlaczego płyta została przegapiona? Po pierwsze wyszła z zupełnego zaskoczenia, w czasach, kiedy Miuosh nie był jeszcze tak ceniony, jak po „5 stronie świata.” Po drugie samo Fandango nie przyciągało wtedy lineupem. Po trzecie tak naprawdę wytwórnia była wtedy w powijakach i o czymś takim jak „promocja” nikt tam wtedy nie słyszał.

Szkoda, ponieważ produkcja miała spory potencjał namieszać i posłużyć jak trampolina dla takich raperów jak: Kamel, Siwy Dym, czy też (jeszcze wtedy) Miuosh.

I tylko żal, że druga część nawet, jeżeli się ukaże, to w zupełnie innym składzie…

8/9






Continue reading →
18.06.2012

Raca/DonDe - Konsument Ludzkich Sumień [2012]

7 komentarze
Liczyłem, że po facebookowej przewózce rudemu wreszcie podwinie się noga i będę mógł go z czystym sumieniem hejtować, jednak moje niedoczekanie. Raca znowu obronił się muzyką i –nie przyrównując umiejętności- można go tak, jak Mesa: nie lubić jako człowieka, ale nie da się chociaż trochę nie propsować jako rapera.

O co tak dokładnie mi chodzi? W ostatnim czasie do Racy przylgnęła (bardzo słusznie zresztą) łatka sfrustrowanego rapera, który zazdrości innym, że wybili się szybciej, niż on. Szczególnie widoczne było to przy wpisie wypominającemu Małpie ruchanie lokalnych kurwiszonów.

Potem był etap megalomanii, czyli nagrywanie EP-ki z fanami na FB. Kolejny utwór co 500 lajków, jak nie trudno się domyślić, skończyło się na 2 czy 3 utworach. Hejtowałem tę inicjatywę od początku, ale oczywiście Pan Wielki Raper był zbyt zapatrzony w siebie, żeby trzeźwo ocenić sytuację.

Po pierwszym singlu, w którym to leciały gorące linijki typu: „pancze wezmą Cię na randkę, potem zerżną w dupę” byłem już pewny, że ta płyta będzie niewypałem i skończy się wożenie na fb. Okazało się jednak, że na singiel wybrano… tekstowo najgorszy utwór na płycie. W dodatku chyba naprawdę podobał się on autorom, ponieważ w formie bonusu znalazł się również jego (chujowy) remix.

Bardziej niż o Racę, obawiałem się jednak o DonDe, jak widać niepotrzebnie. Do tej pory był to bardzo nierówny producent, który nie dość, że niczym się nie wyróżniał, to jeszcze często dawał bity, które może zrobić tak naprawdę każdy. Tutaj podkłady są już na wyższym poziomie, już nie zastosowałbym do nich określenia, że „może zrobić je każdy”. Pamiętajmy jednak, że dalej (poza wyjątkami) nie jest to nic, co rzuca na kolana.

Najlepiej wyszły spokojniejsze i bardziej rozkminkowe tracki, jak „Restauracja wspomnienie”, gdzie bit naprawdę spełnia swoją rolę i dopełnia klimat utworu.

Gorzej jest w przypadku żywszych podkładów, gdzie DonDe (poza petardami z singli) nie pokazuje nic, co mogłoby go realnie odróżnić od rzeszy innych producentów będących w tym samym miejscu, co on. Ogólnie warstwa muzyczna na plus, ale bez nadmiaru rewelacji.

Ten, kto zna Racę od jego pierwszej płyty nie będzie zaskoczony tekstowo tym, co Rafał napisał na „konsumenta”. Nadal w kategorii refleksyjnych utworów jest on jednym z lepszych tekściarzy w Polsce, nadal w kategorii bragga zdarzają mu się suchary i megalomania, zwłaszcza we wrzutach w stronę sezonowych/będących krótko na scenie raperów.

Od poprzedniej płyty flow nie zmienił się ani o jotę, więc nie ma o czym mówić. Zmieniła się za to koleżanka od śpiewanych refrenów i nadal brzmi to jakby była to osoba z ogłoszenia na fb: „Szukam koleżanki, która zaśpiewa mi parę refrenów”, czyli chujowo. O dziwo ta osoba śpiewa w jakimś zespole, chyba do kotleta.

Ogólnie Raca kolejny raz zaskoczył i kolejny raz obronił się płytą. Można go nie lubić, jego maniera może powodować u Ciebie odruch wymiotny, ale jest to bezdyskusyjnie płyta na poziomie. Gdyby nie parę sucharów i chujowe refreny, to byłoby 8.

7,5/10



Continue reading →
17.06.2012

"Powroty" raperów

10 komentarze
Od dawna nurtuje mnie pewien problem: co siedzi w głowie raperów, którzy co i raz przy okazji wydania nowego albumu ogłaszają swój „powrót”? Te wszystkie „powroty” bardzo celnie opisał pewien obiecujący raper: „to będzie comeback, wracam na scenę po 2 miechach.”

Wiadomo, że takie akcje to zabieg czysto marketingowy, jednak jakaś przyzwoitość obowiązuje.

Mistrzem powrotów jest oczywiście Tede. Od 4 płyty na każdej musi paść wers o tym, że wrócił, czy wiesz kto wrócił, wraca mistrz, chuj wie co jeszcze. Ale skąd on konkretnie wraca? Z domu do studia? Z „trasy” koncertowej? Jacek sam szydził z 2 miesięcznego masteringu, po czym wygaduje bzdury na tym samym poziomie absurdu. Z pewnością po zakończeniu jego kariery będziemy mogli ułożyć kompilację utworów jego autorstwa, w których przynajmniej raz padło słowo „powrót”.

Innym powracającym jest Raca, który 2 lata po pierwszym legalu i niecały rok po kolaboracji z Peerzetem musiał koniecznie nagrać track „Zgadnij kto wrócił.” Słuchałem wtedy tego utworu, słucham i teraz i zastanawiam się: skąd on konkretnie wrócił? Może był na saksach za granicą? Ale w takim przypadku też raczej przemyciłby tę informację w tracku, tymczasem tam usłyszymy tylko jakieś pierdolenie o tym, że „wrócił do życia.” Ekstra, tylko, że nikt nie zauważył zniknięcia.

Przeciwieństwem takiego górnolotnego pierdolenia jest Onar i jego ostatnia solówka. W tracku „Od początku” wyraźnie podkreśla, że „to nie powrót, byłem tu od zawsze, od początku.” Taka postawa jest naprawdę godna pochwały. Dziwnym trafem płyta odniosła sukces, więc jak widać, nie trzeba koniecznie trąbić o swoim „powrocie”, żeby hajs się zgadzał.

No więc kiedy zdaniem Wielkiego Kaabana Znawcy raperzy mogą ogłaszać swój powrót? Na pewno takim przypadkiem jest wydana w styczniu płyta Endefisu. Tutaj chłopaki faktycznie nic nie nagrywali i wrócili na scenę – spokojnie mogą używać tego sformułowania (które zresztą zawarli w tytule jednego z utworów).

Trochę inaczej przedstawia się to przy okazji poprzedniej solówki Mesa. Wprawdzie od Alkopoligamii do Zamachu minęły 4 lata, jednak Mes był cały czas bardzo aktywny, a z jego featów można było złożyć 2-3 dobre płyty. Nie zapominajmy też, że w tzw. międzyczasie wydał jeszcze ostatnie 2cztery7. Jeżeli ziści się powrót Zółfia z Fenomenu, to również będzie on uprawniony do ogłaszania takich rzeczy.

Ogólnie to jest to temat rzeka, przykłady można mnożyć, ale nie ma to żadnego sensu, ponieważ nie jest to analiza, tylko zwrócenie uwagi na problem. Uważam, że raperzy, którzy głoszą swój „powrót” są za mało piętnowani przez słuchaczy, przez co podkreślają to coraz bardziej, psując tym pierdoleniem całkiem niezłe utwory (przykład. Tede – Mefintrotedes).

Za jakiś czas druga część tych rozważań, tym razem z prawdziwymi powrotami, gdzie skupię się na rozeznaniu, kto wraca dla kasy, a kto z zajawki.

Sorry za obsuwę, przeprowadzka to chujowa sprawa jednak. Jeszcze dzisiaj pojawi się drugi tekst.
Continue reading →
14.06.2012

Parzel/Siwers - Coś się kończy, coś się zaczyna [2012]

11 komentarze

Na wstępie chciałbym zakomunikować, że dawno nie słuchałem płyty, na której byłby AŻ TAK DUŻY rozdźwięk między poziomami rapu i podkładów. Naprawdę ciężko słucha się albumu, gdzie rap woła o pomstę do nieba, za to bity mają potencjał zmienić grę. Jeszcze gorzej się o tym pisze, ale podjąłem się tego zadania, oczywiście głównie dla bitów Siwersa.

Płyta została wydana trochę z przypadku, jak mówi samWojciech Sokół, po prostu przychodzi Siwers do Sokoła, a ten zamiast zachwycać się zjawiskowymi produkcjami tego pierwszego, zakochuje się w chujowych storytellingach Parzela, nawiniętych gorzej niż w ‘95. Także jak ktoś ma dobrego bitmejkera, a sam nie potrafi rapować, to może walić do Sokoła jak w dym – na pewno znajdzie dla niego dogodny termin wydania.

Sam fakt, że prawie nikt nie kojarzy Parzela jest niewątpliwym plusem tej produkcji. Gdyby raper ten był rozpoznawalny, to z pewnością ludzie omijaliby tę płytę szerokim łukiem, rzucając tylko pogardliwe „moje najebane pseudowolne mają lepsze flow niż on."

W takiej ocenie (niestety) nie ma ani cienia przesady. W kwestii poruszania się po bitach Parzel jest paralitykiem i trzeba to jasno powiedzieć. To nawet nie jest dukanie, to nawet nie jest czajenie się na werbel, on brzmi, jakby każdy z 15 utworów był jego pierwszą nagrywką w życiu. Nie podważam tego, że włożył w tę płytę dużo czasu i serca, jednak efekty tego są mniej niż mizerne. Lirycznie wygląda to trochę lepiej i myślę, że jakby Parzel trochę bardziej się przyłożył, to pisałby naprawdę niezłe storytellingi.

Raper najprawdopodobniej zdawał sobie sprawę z ww. niedoskonałości i postanowił je częściowo zatuszować. Z pewnością wyszło mu to naprawdę dobrze, śpiew Ani Kandeger (która notabene na tej płycie poradziła sobie lepiej, niż Marysia Starosta u Sokoła) koi skołatane nerwy. Poziom całości ciągną do góry również goście, z których w pamięć najbardziej zapada oczywiście szesnastka od Sokoła.

Również na swoje szczęście, Parzel nagrywał płytę z naprawdę świadomym producentem, który przez całą płytę stara się tuszować bitami niedoskonałości kompana. Wyszło to na tyle dobrze, że na tym albumie to podkłady górują nad raperem, a nie odwrotnie, co przecież nie zdarza się często.

Siwers wysmażył (jak Henson – przyp. red.) 15 zajebistych, Z-A-J-E-B-I-S-T-Y-C-H sztosów, z których nie da się wybrać słabszego. Nie da się, ponieważ wszystkie podkłady to klasa światowa. Reprezentant Targówka postawił na bardzo zróżnicowane bity, dlatego brzmienie albumu naprawdę ciężko wrzucić do szufladki X czy Y.

W podkładach jest bardzo dużo eksperymentowania. Mamy zarówno spokojniejsze, jak i szybsze bity. Inspiracje zarówno francuskim jak i klasycznym hip hopem, bez wyłączania elektroniki, z której Siwers był znany już wcześniej. Jeżeli ktoś kojarzy go tylko z tą ostatnią konwencją, to powinien koniecznie odpalić ten projekt, ponieważ producent udowadnia na nim swoją wszechstronność. Wisienką na torcie jest zwrotka jego autorstwa w tracku z Sokołem.

Tytuł jest z pewnością adekwatny do zawartości. Pierwszy człon odnosi się do rapowej „kariery” Parzela, który nie wykorzystał naprawdę potężnej szansy, jaką jest niewątpliwie wydanie płyty w najlepszej polskiej wytwórni. Od 2008 zrobił pół kroku progresu, przy 100 możliwych.

Drugi człon opisuje rzecz jasna bity Siwersa, który już od jakiegoś czasu puka do drzwi z napisem „czołówka”, a tą płytą wręcz śmiało je otwiera, bez żadnych kompleksów. Mam nadzieję, że wreszcie zostanie dostrzeżony na naprawdę dużą skalę, ponieważ do tej pory zmagał się ze swoistym szklanym sufitem.

Płyty nie ma sensu kupować nawet, jeżeli jesteś fanem ulicznych rapów i dla takiej tematyki jesteś w stanie przymknąć oko na niedociągnięcia w skillsach, bo tutaj tych skillsów zwyczajnie nie ma. Jeżeli PROSTO zdecyduje się na wypuszczenie intrumentali, to biegnij do sklepu i wspieraj Siwersa, bo naprawdę na to zasługuje.

4/10 + 1 za bity = 5/10


Continue reading →
12.06.2012

Pojedynek płyt producenckich: MAJ 2012

12 komentarze

Tegoroczny maj był miesiącem wyjątkowym. Jak na polskiej scenie płyty producenckie wychodzą raczej od święta, tak właśnie w tym pięknym miesiącu nastąpiła kumulacja i światło dzienne ujrzały aż 3 tytuły. NNFoF również wrzucam do tego worka, ponieważ opóźnienie przy premierze było spowodowane problemami w tłoczni, a nie obijaniem się wydawcy/wykonawców, czyli de facto płyta była gotowa w maju.

W tym wpisie chciałbym skupić się na obiektywnym porównaniu trzech albumów: "Kodex IV", "No Name Full of Fame" oraz "5 Złotych Zasad". Sam najbardziej czekałem na ten drugi, jednak ogół słuchaczy na pewno zdecydowanie bardziej oczekiwała premiery kolejnego Kodexu. Na Voskovych nie czekał nikt poza Ślizgerami, to jasne.

Zestawienie to robi się jeszcze ciekawsze, kiedy dodamy, że za każdą produkcję odpowiada duet producencki. To, że 3 płyty 3 rożnych duetów zbiegły się akurat ze sobą w czasie jest rzecz jasna dziełem przypadku, jednak zauważmy, że taka sytuacja może się prędko (o ile kiedykolwiek) nie powtórzyć.

Zaczęliśmy od oczekiwań, przejdźmy do tego, co jest najbardziej interesujące, czyli strony muzycznej. Takie porównanie jest przejrzyste, ponieważ każda z tych produkcji jest osadzona mniej więcej w tym samym, klasycznym klimacie.

Brzmienie wrocławskiego duetu to wyrobiona marka, to coś, co nie zawodzi i kiedy na trackliście widzimy dopisek „prod. L.A./Magiera/Whitehouse”, to możemy być pewni, że ten podkład będzie przynajmniej bardzo dobry. Tak też można opisać brzmienie czwartego Kodexu – 17 przynajmniej bardzo dobrych, a w przeważającej większości zajebistych, klasycznych produkcji, dopracowanych w każdym calu.

Idąc tym schematem bity na płycie duetu z Zielonej Góry są przynajmniej solidne, ale nie więcej, jak bardzo dobre. To ostatnie określenie można zastosować tylko do paru podkładów. Również są to klasyczne, jednak (poza wyjątkami) niczym niewyróżniające się z klasycznego tłumu. Nie kwestionuję serca i wysiłku włożonego w tę płytę, jednak jest to za mało, żeby choćby myśleć o starciu z utytułowanymi przeciwnikami z Wrocławia.

Na koniec na tapetę weźmiemy duet spinający dwa wyżej wymienione miasta, czyli Voskovych, którzy to z omawianej trójki wykazali się najmniejszym skillem. Pochodną braków w umiejętnościach są niedociągnięcia w kwestiach dopracowania i dopieszczenia bitów. Na próżno szukać tutaj smaczków, które wychwycimy niemal w każdym utworze WH, albo chociaż prób ich umieszczenia, co odnotowałem w lepszych bitach NNFoF. Produkcje są co najwyżej dobre, jednak dominuje nad nimi przeciętność.

I w tym momencie dochodzimy do połowy tekstu, ponieważ, jak powszechnie wiadomo przeciętne bity można stosunkowo łatwo zamaskować, zapraszając dobrych/bardzo dobrych raperów, którzy przez odpowiednie techniki są w stanie przyćmić średnie podkłady (przykład: ostatnie płyty Piha). Tak więc przejdźmy do wystawienia cenzurek lineupowi.

Zacznijmy od końca. Już rzut oka na tracklistę „5 Złotch Zasad” nie powoduje szybszego bicia serca czy chociażby wpisania w google „5 złotych zasad RS”. W trackliście jaskrawie przejawia się poziom przehajpowania tego duetu. Być może myśleli, że jak nagrali płytę roku w opinii Popkillera, to już złapali Boga za nogi i można robić producencką, a jednak nie. Goście słabi na tapecie okazali się słabi również na trackach: dogorywający O.S.T.R., przeciętny Ras, nagrywający na akord VNM. Jest też parę jasnych punktów, m.in. Miuosh i Tet, jednak jest to tylko światełko w długim i ciemnym w tunelu.. Jest to ta lepsza część rapowej strony „5 złotych zasad”, w tej gorszej o producentów kabli i stoperów do uszu zadbają takie tuzy jak: Dukilia H.P., szukający świeżości Jan Wyga, Echinacea czy Zorak.

Na płycie NNFoF tracklista prezentuje się znacznie lepiej. W końcu nie na każdej polskiej płycie rapuje legendarny Kool G Rap. Zawiedzeni ostatnią solówką Zeusa na pewno długo będą zapętlać jego singiel, zaś fani brudnych brzmień rozsmakują się w zwrotkach Jeżozwierza. Poza nimi warto zwrócić uwagę na szesnastki HST oraz niezawodnego Miuosha i… na tym koniec. Reszta gości również okazała się dobra na papierze, a jedynie solidna na płycie. Jak pisałem w recenzji, VNM znowu pierdoli jakieś bzdury, Peerzet szuka formy z „Hipocentrum”, a Hurragun udowadnia, że również miał szanse na przehajpowania. Nie mówię, że ci goście spisali się jakoś ultrasłabo – po prostu jest to dużo poniżej ich możłiwości. I gdyby na tym się skończyło, to mógłbym zmienić nazwę NNFoF na dożywotni props na solidność z dobrymi perspektywami na przyszłość, jednak na płycie znajduje się również sporo bardzo słabych zwrotek, m.in. autorstwa „gwiazdy” podziemia HuczuHucza, czy też ex-gwiazdy - Lilu.

Wprawdzie różnica przy poziomie raperów nie jest aż tak duża, jak w przypadku podkładów, jednak i tutaj Whitehouse bez wysiłku wygrywa z rywalami. Ksywki takie jak: Mes, Gural, Małpa, RPS mówią same za siebie, a wszyscy ww. spisali się naprawdę dobrze. Jeśli do tego dodamy szereg naprawdę solidnych zwrotek jak np. Miuosha, 3W czy Zip Ssładu oraz tylko parę słabszych (nie ultrasłabych!) takich, jak te autorstwa Blasq, Omy czy Sitka, otrzymamy płytę rapowo lepszą, niż połączone siły NNFoF i Voskovych. Jak już pisałem wyżej, WH to marka sama w sobie i nawet raperzy to respektują, nie nagrywając słabych utworów na Kodexy.

Na koniec można dodać jeszcze 2 słowa na temat szeroko pojętej promocji i szumu wokół premiery płyty. Wszystkie 3 albumy to legalne wydawnictwa, więc nikt nie był poszkodowany na starcie. Poziom promocji w każdym wypadku był wprost proporcjonalny do poziomu zawartości muzycznej. 

Whitehouse mimo bycia zdanymi tylko na siebie, ogarnęli sobie naprawdę dobrą promocję, której zwieńczeniem było 2gie miejsce na OLiS. NNFoF nie miał złej reklamy, jednak trudno nazwać ją dobrą. KMWTW plus jakieś pojedyncze osoby z innych kręgów, jak na legal to jednak trochę za mało. Najgorszy sposób na promowanie płyty urządził oczywiście nieoceniony GOPside, który mimo 2 lat na rynku nadal myśli, że wszystko „samo się zrobi”. Jak widać po raz kolejny samo się nie zrobiło, czekam na biadolenie, że ludzie nie kupują płyt.

Podsumowanie oczywiście nie jest zaskoczeniem. Zgodnie z oczekiwaniami Biały Dom znokautował przeciwników na każdej płaszczyźnie, pokazując „młodym kotom” miejsce w szeregu. Dziwi mnie tylko fakt, że dla niektórych jest to zaskoczeniem. Przegranych oczywiście nie skreślam i czekam na ich kolejne projekty, tym razem mam nadzieję, że dorastające WH przynajmniej do pięt.

Bity:
Whitehouse: 3
NNFoF: 1
Voskovy: 0,5

Poziom raperów:
Whitehouse: 2
NNFoF: 1
Voskovy: 0,5

Promocja:
Whitehouse: 2,5
NNFoF: 1,5
Voskovy: 0,5

Podsumowanie:
Whitehouse: 3 + 2 + 2,5 = 7,5
NNFoF: 1 + 1 + 1,5 = 3,5
Voskovy: 0,5 + 0,5 + 0,5 = 1,5

Skala ocen: 0,5-3 ze progiem co 0,5.
Continue reading →
10.06.2012

NNFoF - No Name Full of Fame [2012]

32 komentarze

Do momentu premiery producencka płyta zielonogórskiego duetu była najbardziej oczekiwaną przeze mnie produkcją roku 2012. Jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach niestety, ale wysokie oczekiwania zostały dość szybko zweryfikowane przez brutalną rzeczywistość.

Muszę pochwalić się, że miałem ten duet na oku od prawie 3 lat – konkretnie od remixu singla ze wspólnej płyty Racy i Peerzeta, gdzie bez trudu zjedli oryginał. Potem obserwowałem ich przez wspólne projekty z Erkingiem, gdzie udowadniali swoją nieprzeciętność, w tzw. międzyczasie odliczając dni do premiery albumu producenckiego. Jednak wszystko to na daremno, a płyta na 99% znajdzie się w zawodach roku.

Jeżeli ktoś czytał Ślizg i zapchał sobie głowę jakimiś pierdołami o tym, że „ta produkcja będzie lepsza od nowego Kodexu” i tym podobnymi, to od razu może włożyć te mądrości między bajki: płyta nawet nie zbliżyła się do poziomu najsłabszego z Kodexów (czyli III), nie mówiąc o całkiem niezłej IV.

Pierdolę, pierdolę, ale bez konkretów, więc już je podaję. Jako, że jest to płyta producencka, to większą uwagę przywiązuję rzecz jasna do bitów, które nie mogą być przeciętne czy słabe, muszą być zajebiste, albo przynajmniej solidne. Tutaj mamy tylko tę drugą opcję. Serce mi się kraje, kiedy po przesłuchaniu całości w głowie nie został mi ani jeden z 15 klasycznych bitów.

Najgorsze jest to, że nie widzę żadnych przyczyn takiego obrotu spraw. Na innych produkcjach bity zielonogórskiego duetu naprawdę wbijały się w głowę i ciężko było o nich zapomnieć, tutaj jest na odwrót. Nie twierdzę, że są fatalne, ale sceny nimi nie zmienią.  Wprawdzie jest to parę poziomów wyżej, niż recenzowani niedawno Voskovy, jednak w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami mamy do czynienia ze sporym zawodem.

Zawodem jest także poziom raperów, którzy może i na papierze prezentowali się nieźle, ale kiedy przyszło co do czego, to zaserwowali nam powtórkę z większości takich projektów, czyli parę mocnych momentów i ruch jednostajny przeciętniacki. Nie zawiedli i jak zawsze do zwrotek gościnnych przyłożyli się: Zeus, Miuosh z HST oraz Jeżozwierz. Ich tracki są naprawdę dobre i warto zostawić je na swojej playliście.

Pozostali w mniejszym lub większym stopniu zawiedli. Może trudno taki zarzut odnieść do wersów Peji oraz Piha, jednak od nagrywki (nawet, jeśli tylko w refrenie) z Kool G Rapem wymagam trochę więcej, niż standard, którym zalewają swoje płyty od lat.

Bardzo rozczarował Peerzet, którego stać na wiele, wiele więcej. Myślę, że można zacząć martwić się o poziom jego płyty w Aptaun. Tak wychwalany i mający potencjał Oxon również nie zaprezentował się w pełnej krasie, czego nie rozumiem, bo jest przecież mało rozpoznawalny i powinien chwytać okazję. VNM kolejny raz pierdoli jakieś bzdury, że jest najlepszy, polecałbym mu przesłuchanie swojej ostatniej płyty. Żyt Toster utwierdził tylko w przekonaniu, że Pyskaty ma rację nie obiecując wydania płyt swoim Asom.

Na koniec zostawiłem oczywiście chujowiznę, zarówno tę spodziewaną jak i zaskoczenia. W pierwszej kolejności trzeba wymienić Stillo, czyli kolejną kulę w płot od Stay True. Ponad to na płycie mogliby się nie pojawić: Erking, Huczu, EMAS, Bodega, Hurragun oraz Kojot, który mimo upływu 2 lat od premiery swojego mixtejpu nadal nie nauczył się kłaść podwójnych na bit. Jest to kłopotliwe, ponieważ jego utwór ma aż 3 zwrotki i został w całości napisany na podwójnych, więc mimo dobrego pomysłu i klimatu jaki został stworzony do spółki z bitem, numer ląduje w koszu.

Motywem przewodnim tej recenzji jest słowo „zawód”, więc oprze się na nim także podsumowanie. Płyta nie wstrzyma słońca i nie poruszy ziemi, a na pewno nie pomagają jej w tym klasyczne produkcje, czyli tak naprawdę brak wyróżnika spośród mnóstwa takich bitów. Jeżeli chce się robić to, co robi większość sceny, należy być w tym naprawdę dobrym i tworzyć 9 na 10 zajebistych bitów. Tutaj 15 na 15 jest co najwyżej solidnych, a jak wspomniałem wyżej, jest to dużo za mało. Jeżeli do tego dodamy (poza wyjątkami) zawód ze strony raperów otrzymujemy największe rozczarowanie roku 2012, mimo, że całość stoi na tym solidnym poziomie.

6/10



Continue reading →
08.06.2012

Młode Koty #1: HuczuHucz

15 komentarze

 HuczuHucz – znany szerszej publiczności głównie z powodu wydania pół roku temu chujowej płyty „Po tej stronie raju”. W tym wpisie pochylę się nad jego fenomenem, oraz poddam ponownej weryfikacji jego dokonania płytowe.

Już nie raz pisałem, że formowe fejmy to w 90% przehajpowane wacki, z tym syndromem mamy do czynienia również w tym wypadku. Przypomnijmy, że przed wydaniem ostatniej płyty Huczu na swoim fanpage miał całe 559 lajków. Dla porównania teraz ma ich 42,5 raza więcej. Nawet, jeżeli niezasłużenie, to jest to pewien fenomen.

Wszystko to jest sprawką 2 utworów. „Gdyby nie to” dla chodzi o damską część audytorium, oraz „Krzyk” dla męskiej. Oczywiście utwory nie są jakieś fatalne i mogę ich posłuchać (tak samo, jak„Paznokci” Małpy, czy „Pana śmiecia” Bonsona), jednak to one są wabikiem nakręcającym fejm na tego raperzynę. Skillsy (bądź też ich brak) nie mają tutaj żadnego znaczenia, ważne, żeby były piosenki o miłości.

Na fali tego fejmu pierwszy nakład płyty rozszedł się w trymiga, dosłownie parę dni. Szybko? Pierwszy, 200 sztukowy rzut reedycji został wyprzedany na pniu – w całe 8 minut od momentu rozpoczęcia aukcji! Na pewno jest to niepodważalny dowód na to, że te 23k osób nie wzięło się z kosmosu, jednak równocześnie jest to potwierdzenie zaślepienia fanatyków rapera. Bo kto normalny czekałby parę miesięcy na płytę, na której tak naprawdę znajdują się 3-4 dobre utwory?

Miało być o raperze, a nie o jego psychofanach, więc poświęćmy trochę miejsca również samemu Leszkowi (może wszystkie Leszki to chujowe rapery? HE HE).

Na potrzeby tego wpisu zmusiłem się do przesłuchania wszystkich solowych płyt Hucza (wcześniej znałem tylko tę ostatnią) i muszę przyznać, że była to katorga porównywalna z odsłuchem ostatniej płyty Grubsona. Czuć mocną inspirację Sokołem i fajnie, szkoda tylko, że deko chujowe te opowieści. Siła Sokoła tkwi w jego plastycznych tekstach, ale również w zajebistym, pewnym głosie. Na pierwszej płycie Huczu brzmi, jakby mama za ścianą klepała kotlety i nie mógł sobie pozwolić na głośniejsze rapowanie. Wprawdzie na drugiej płycie jest trochę lepiej, jednak dalej jest to poziom niżej niż przeciętny formowy raper, więc tym bardziej nie rozumiem, po co to wypuszczał?

O trzecim wydawnictwie pisałem wyżej, dodam tylko, że jeżeli ktoś nakręcony dobrym singlem „Krzyk”, po odpalaleniu tejże płyty był zaskoczony poziomem pozostałych utworów, to rozwiązanie zagadki kryje się na poprzednich albumach reprezentanta Gdańska. On po prostu zawsze był chujowy, zwrotka na Ślizg Bengrze 2011 to szczyt jego możliwośći, zaś na „Po drugiej stronie raju” zwyczajnie zdarzają mu się jedynie przebłyski. Tak na moje wprawione ucho wyrobi się za 2-3 płyty. Zaznaczam, że wyrobi się nie znaczy, że będzie tak zajebisty, jak teraz się powszechnie uważa.

Na zakończenie dodam, że cieszę się z faktu, iż nie został wciągnięty przez żadną większą wytórnię, czyli nie będzie nachalnie promowany na największą nadzieję nowego pokolenia czy chuj wie co jeszcze. Jego obecna wytwórnia zakłada sobie maile w domenie @wp.pl, co najlepiej świadczy o jej profesjonalizmie.

Płyty wydane:
Zabili mi DJ’a [2008] – 0,5/10
Haust [2010] – 2/10
Po tej stronie raju [2011] – 3,5/10

Zalety:
Spoko głos, 
Miejscami zdarzą się naprawdę dobre wersy,
Nie duka.

Wady:
Nierówność, 
Nierówność, 
Nierówność, 
Nierówność, 
Nierówność.

Podobieństwo: 
Tekstowo wcześniej Sokół, obecnie podobny do każdego formowego rapera.

Ocena na dzień dzisiejszy: 
Niczym się nie wyróżnia, szkoda czasu na słuchanie całej płyty (co innego pojedynczych tracków), lepiej zamiast tego odpalić sobie po raz setny jakiegoś klasyka. Płyt sprzed 2011 nawet nie ściągać.

Perspektywa: 
 Nie wróżę mu kariery wśród ogarniętych słuchaczy, wśród słuchaczy niedzielnych już ją zrobił, więc nie ma o czym mówić. Przewidywałbym szybki spadek z tego wysokiego konia, jednak przykład Małpy pokazuje, że fejm osiągnięty w taki sposób jest (zaskakująco) trwały.
Continue reading →
05.06.2012

GrubSon & BRK - Gruby Brzuch [2012]

26 komentarze
W hiphopowych kręgach o Grubsonie, a raczej o jego chujowości krążą już legendy. Wprawdzie apogeum beki minęło już jakiś czas temu, ale napis „GRUBSĄ NAJLEPRZY” cały czas wywołuje uśmiech na twarzy i przypomina czemu nie warto wchodzić w folder, który zawiera w nazwie tę ksywkę.

Wstęp na temat chujowości rybnickiego MC sobie daruję, przypomnę tylko, że nieprzypadkowe jest przejmowanie przez niego od łódzkiego skrzypka schedy idola gimbusów. Nad fenomenem jego chujowości pochylę się jeszcze w przyszłości, w oddzielnym tekście.

Już od samego początku byliśmy zachęcani do sprawdzenia płyty, m.in. wspaniałą okładką:


Która została ochrzczona najgorszą okładką w PL rapie i nie pomógł jej nawet dość poważny lifting, który przeszła (patrz wyżej).
(W ostatecznej wersji koszula i guziki widoczne na obrazku są prawdziwe, i co z tego).

Okładka okładką, i tak nie wlicza się w ostateczną ocenę, więc przejdźmy do meritum, czyli zawartości muzycznej. A jest naprawdę o czym pisać.

Jeżeli ktoś zna poprzednie płyty Grubsona to na tym etapie może zakończyć czytanie recenzji, ponieważ na tej produkcji raper nie wyeliminował żadnej ze swoich (licznych) wad, a w dodatku dla podkręcenia efektu chujowości wziął sobie do duetu kolegę, z którym to urządzili sobie trwające godzinę oraz kwadrans zawody, w których ścigają się w poziomie tekstów (a raczej jego braku).

Nigdy nie miałem wczuwki w teksty i tak naprawdę podobają mi się nawet przerysowane bajki Rick Rossa o tym, jak wygrywa życie, ale gdzie Rzym, a gdzie Krym. W poziomie pierdolenia, populizmu i żenady  Grubson przechodzi sam siebie, a jego kolega dzielnie dorównuje mu kroku. W telegraficznym skrócie połowa płyty to marne pierdolenie o tym, żeby się nie poddawać, a drugie pół to informacja o tym, jak ULTRAKURWAŚWIEŻY jest wspólny projekt duetu.

Trudno było spodziewać się po tej dwójce czegoś ambitniejszego, ale 23 utwory o tym samym uważam za lekkie przegięcie. Co innego, gdyby był to mixtejp, jednak tutaj mamy do czynienia z pełnoprawnym LP (które przy tym rzekomo jest ultraświeże, jak wmawiają nam autorzy). Do tego dodać należy jeszcze fakt, że zarówno Grubson, jak i BRK umieją bardzo dobrze poruszać się po bitach, jednak nie wykorzystują tego w pełni.

Oddzielnego akapitu warte jest wspomnienie chujowego humoru, który natrętnie pojawia się przez całą płytę i nie sposób od niego uciec. Zwieńczeniem żartów na poziomie znanego producenta Bobera jest ostatni track „Przygody Grubego Brzucha”, w którym gospodarze opowiadają pseudośmieszną historię, która przy takim kunszcie prowadzących trzyma w napięciu do samego końca i potem aż chce się zapętlać. Kurwa, kto to przepuścił przez selekcję?

Muzycznie jest niemal tak, jak poprzednich albumach rybnickiego mc, czyli połączenie dancehallu, reggae, rapu. Wprawdzie wplecione zostały utwory z trochę cięższym brzmieniem, jednak ani trochę nie zmienia to odbioru całości. Niby brzmieniowo płyta jest nawet ok., jednak chujowe zawodzenie i jeszcze gorsze teksty szybko ściągają bity do parteru. Autorami podkładów są oczywiście obaj gospodarze.

Całość brzmi jak odrzuty odrzutów odrzutów odrzutów z odrzutów z lat nagrywania swojego dema i nie powinna znaleźć się nawet na żadnym mixtejpie, nie wspominając o żądaniu jakiejkolwiek kwoty za te wątpliwej jakości wypociny najgorszego rapera w kraju i jego koleżki. Uważam wręcz, że MaxFlo powinno dopłacać ludziom, żeby tylko zechcieli przesłuchać tę chujowiznę (i tego będę żądał przy kolejnej płycie rybnickiego śpiewaka).

1/10


Continue reading →
03.06.2012

Szacunek wydawców do osób kupujących płyty

15 komentarze
Od 3 lat przyglądam się cenom płyt i jestem szczerze zniesmaczony zataczającym coraz szersze kręgi brakiem szacunku do kupujących, a raczej ich portfeli. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której rok po premierze możesz mieć tę samą płytę za 2/3 ceny? ROK, nie parę lat.

Takich przykładów jest mnóstwo. Chociażby w niedawnej promocji wytwórni Embryo mogliśmy kupić wydany w poprzednim roku „Zeus, jak mogłeś?” za 21,99, czyli 10zł taniej, niż po premierze. 

Nie przekonuje mnie argument, że „nakład się wyprzedaje”, ponieważ popyt na albumy w wersjach fizycznych występuje w regularnych odstępach czasu (w przypadku czołówki sceny zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest ciągły) i jeżeli ktoś tego nie rozumie i tłoczy powiedzmy 3000 sztuk, a potem ogłasza, że „nakład wyprzedany i chuj”, to żaden z niego biznesmen i niech wraca żebrać o drobne w zamian za pokazanie miejsca parkingowego.

W tym wypadku pozytywny jest przykład Alkopoligamii, gdzie wszystkie wydane przez to wydawnictwo płyty można dostać cały czas, w tej samej cenie.

Takiego właśnie uczciwego podejścia oczekuję, a nie ładowania w chuja gdzie się da. Mistrzem tej czynności jest oczywiście opolski Step. Spuśćmy kurtynę milczenia na zapalniczki, cyrkle i deski klozetowe z logo Chady, jednak dodawanie płyty Piha do biletów było ciosem poniżej pasa. Gdybym chodził na koncerty, to czułbym się jak impotent, któremu akwizytor właśnie wcisnął majtki, w których nie widać wzwodu. Tak też czułem się, kiedy cena tej płyty została obniżona o połowę.

Kontynuując wątek cen należy wspomnieć o niebezpiecznie rosnących kosztach kolekcjonowania płyt. Rozumiem, że wszystko idzie w górę, ale 40zł za album w polskich warunkach jest przegięciem. Zaraz przyjdzie jakiś mądrala, który oglądał wywiad z Noonem, w którym ten postępowiec ogłasza, że przecież 30zł to cena EPki, a LP powinno kosztować 45zł albo i więcej i dlatego takie są u niego ceny. Chciałbym zobaczyć wyniki sprzedaży i zapytać, czy nie lepiej sprzedać więcej za niższą cenę, uzyskując ostatecznie wyższy dochód?

To samo tyczy się Trzeciego Wymiaru, który za swój ostatni album życzy sobie (w Empiku) 40zł. Dla kontrastu tyle samo kosztuje (z przesyłką) edycja specjalna dowolnego albumu ze strony Alkopoligamii, za prawie połowę tej kwoty mniej możesz mieć „Warszawskie ZOO” Flinta. Czyli jednak da się.

Za co raperzy życzą sobie aż tyle? Tego nie wiem, chociaż Waldemar Kasta wspominał coś o rosnących cenach materiałów, z których powstają wersje fizyczne. Niestety nie był to żart. Zasadniczo to raperzy mogą sobie sami ustalać cenę, zwracam tylko uwagę na to, że 40zł to już granica, powyżej której sprzedaż płyt będzie zwyczajnie spadać. I dziwnym trafem albumy podziemnie nie drożeją proporcjonalnie do legali, dziwne.

Innym problemem, który uwypukla brak szacunku dla kupujących płyty jest wypuszczanie specjalnych edycji z chujwiejakich okazji. I w ten sposób była możliwość bycia jednym z 15 tysięcy frajerów, którzy zapłacili 30+ złotych za płytę Sokoła i Marysi Starosty, i którzy w nagrodę otrzymaliby możliwość zakupu limitowanej edycji z okazji dobicia do złotej płyty. Gdzie tu jest jakikolwiek sens? Na szczęście okazało się, że Wojtek „Gimby idę po was, he he he” Sokół czyta ślizg i w odpowiednim momencie wycofał się z tych planów. Warto dodać, że tego typu projekty wychodziły już spod skrzydeł m.in. Hemp Gru. Ale akurat ich fanbase ma nieograniczony niczym budżet i nie ma problemu w dorzuceniu do bluzy za 250zł jeszcze jednej płyty za 30, choćby różniła się ona tylko kolorem okładki.

Szczytem jest natomiast olewactwo w stosunku do realnych zbieraczy winyli. Standardem na naszym podwórku jest nawet nie zająknięcie się na temat ewentualnego wydania winylowego. I tak taki słuchacz myśli sobie: „Dobra, nic nie mówią, to pewnie nie będzie, kupuję CD”. Zadowolony kupił sobie CD (oczywiście zaraz po premierze), a po 2 miesiącach raper z uśmiechem na ustach ogłasza, że „W związku z dobrym odbiorem płyty łaskawie wytłoczę XX sztuk winyli”. No kurwa, chyba kogoś pojebało. I tak mogłeś zakupić najlepszą płytę solową Ryszarda Peji za 36zł, po czym dowiedzieć się, że jak chcesz mieć winyl, to „se kup”, za kolejne 60zł. Nieważne, że za te 35zł kupiłoby się inną płytę, nawet tego samego wykonawcy, najważniejsze, że hajs się zgadza.

Problemu dotykają trochę także reedycje. Ogólnie jestem ich gorącym zwolennikiem, jednak w pełni rozumiem wkurwienie osoby, która kupiła pierwszą solówkę Mesa za jakieś chore pieniądze rzędu 150-200zł na allegro, po czym Alkopoligamia ogłosiła reedycję. Akurat w tym wypadku nowa wersja różni się od oryginału, jednak działa to także w drugą stronę: posiadacze reedycji mają jeszcze naprawdę dobre utwory nagrane specjalnie na tę okazję, a posiadacz pierwszej wersji pęknięte pudełko, porysowaną płytę i parę innych tego typu niespodzianek.

I tak jest to lajtowy przykład w porównaniu z reedycją GPWI Jimsona, która wyszła praktycznie z dnia na dzień i nawet, jeżeli ktoś kupił wersję pierwotną 2 lata wcześniej za te ponad 100zł to musiał mieć niezły wkurw widząc niczym nieróżniący się dotłok za 21zł.

Zdaję sobie sprawę, że ameryki tym tekstem nie odkryłem, a wszyscy tylko myślą, jak przyciąć gimbusów w chuja, ale chciałem gdzieś całościowo ująć ten problem. Wiadomo, że tutaj podałem tylko parę przykładów i tak naprawdę w każdym z nich można znaleźć kontrargument, jednak moim celem było pokazanie ogólnej, niebezpiecznej tendencji dla tego rynku. Puentą jest oczywiście apel, który każdy odwiedzający tego bloga i tak zna: nie kupujcie płyt zaraz po premierze.
Continue reading →
02.06.2012

Młode koty

16 komentarze
Z powodu wysypu młodych „talentów”, jaki ma miejsce w ostatnim czasie, ogłaszam nową serię na blogu: „Młode koty”. Nazwa jest rzecz jasna trochę przewrotna, ponieważ większość z tych „młodych kotów” to zwykłe wacki, jednak nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Jeżeli ktoś ma pomysł na inną, to piszcie w komentarzach.

Oczywiście będę w niej oceniał nowe twarze na scenie, pod kątem ich warsztatu rapowego, ogólnej prezentacji, historii, dokonań, itd. Będę tutaj dorzucał także sylwetki raperów, którzy wstąpili do jakichś wytwórni, a są stosunkowo mało znani w środowisku.

Jak już zapewne się domyślacie, w większości przypadków będzie to taki mały kącik hejterstwa. Niestety, ale taką formę determinują ci wszyscy nowi „artyści”, którzy chuja wydali, a są wciągani do wytwórni, nie mieści mi się to w głowie.

Już od jakiegoś czasu myślałem nad tym tematem i stwierdziłem, że w formie jednego tekstu nie ma to żadnego sensu, ponieważ szybko się zdezaktualizuje, a wytwórnie ostatnio dość poważnie wzięły się za poszerzanie swoich szeregów.

Także każdy zainteresowany, co myślę o pryszczatym lamusie z kolorowym plecakiem który udaje, że O.S.T.R. robi mu remiksy, grubasie, który nagrywa filmiki z udawanym dystansem o tym, że ubyło mu jednego fana na fanpage, czy też wacku, którego zdaniem skończyło się pierdolenie Bonsona – dowie się tego właśnie tutaj.

Jeszcze z ogłoszeń parafialnych:
1) Podjąłem decyzję, że nowy tekst będzie pojawiał się co 2 dni. Nie jest to wiążące, jeżeli akurat będę miał więcej czasu, to możecie się spodziewać czegoś codziennie, albo i częściej, także bądźcie czujni. Wychodzi 3 teksty na tydzień, więc będą to 2 recenzje i 1 tekst o czymś tam, no chyba, że akurat będzie multum premier, to wtedy proporcje na ten czas zostaną zmienione.

2) Pomijając inne cykle, które zostaną uruchomione w najbliżej przyszłości, to myślę też nad odpowiednikiem „Młodych kotów”, czyli serii w której oceniałbym starych wyjadaczy – jak sądzicie? Bo chętnie posłałbym parę hejtów również na tych, którzy na scenie już są, tylko nie wiem, czy ubierać to w serię, czy raczej luźne posty jak ten o Dioxie.
Continue reading →

Pogz - Wietrzenie Magazynków MixEP [2012]

2 komentarze

Nareszcie, po 5 latach bez wydanego materiału Pogz z WOOC łaskawie przewietrzył swoje dyski twarde, co zaowocowało powstaniem krótkiego materiału „Wietrzenie Magazynków”.

Efekt wietrzenia jest typowo mixtejpowy: instrumentale, krótkie, często nawet nie dwuminutowe utwory, w miarę luźna tematyka, brak promocji. Oczywiście ten ostatni składnik nie jest zaletą, a dość poważną wadą. Nawet ja, będąc na bieżąco z polskim rapem dowiedziałem się o premierze przez przypadek, a to już jest naprawdę dziwne.

Ocenę mixtejpów zawsze zaczynam od doboru bitów. Ponieważ dobrych intrumentali nie brakuje, a jedynym ograniczeniem jest ucho rapera, poprzeczka stoi dość wysoko. Całość została oparta na klasycznych podkładach Swiffa D, z których tylko parę się do niej zbliżyło, ale żaden jej nie przeskoczył. Owszem, nie uświadczymy żadnego asłuchalnego ścierwa, jednak ani jeden nie powala na kolana.

W intrze gospodarz oznajmia nam, iż za chwilę usłyszymy „stare teksty, lepsze flow, lepsze brzmienie”. Niestety, jak potem okaże się, jest to tylko kiełbasa wyborcza. Zapewne zgodna z prawdą jest obietnica starych tekstów, ponieważ nie różnią się zbytnio od featów gospodarza z kilku ostatnich lat, jednak nawinięte zostały tak samo, jak w 2007.

Jak już wspomniałem wyżej, tekstowo króluje raczej luźna tematyka oparta na opisywaniu rzeczywistości, chociaż nie tylko, ponieważ usłyszymy również godne pochwały tracki „z konceptem”, jak „1 do 10”, czy też „Roberta Flack”. Wpadek tekstowych nie ma, znalazło się za to parę dobrze rozkminionych linijek, do czego Pogz już wcześniej zdążył przyzwyczaić.

Nie jest to nic, co koniecznie musisz sprawdzić, jednak jeśli masz chwilę, to materiał ten zasługuje, na odpalenie. Szczególnie z naciskiem na „chwilę”, ponieważ całość trwa zaledwie 25 minut. Dla fanów mixtejpów pozycja obowiązkowa, jednak wynika to raczej z niedoboru tego rodzaju płyt, niż z wysokiego poziomu całości. Na pełnoprawne LP oczywiście czekam.

6/9*

*MAKSYMALNA OCENA DLA MIXTEJPÓW TO 9
Continue reading →
01.06.2012

Borixon - Rap Not Dead [2012]

15 komentarze
Po nieudanej przygodzie z własną wytwórnią, jedna z legend polskiego rapu wraca na scenę. I to w jakim stylu! Jak sam followupuje: „Chcieliście wydymać Freda? Teraz Fred wydymał was”.

Często piszę o tym, że raper X został spisany na straty, a w rapera Y już nikt nie wierzył, jednak przy Borixonie nie ma w tym ani krzty przesady. Po pełnej porażce Juicy Juice oraz średnim przyjęciu płyty z Kajmanem krzyżyk postawili na nim dosłownie wszyscy, z zagorzałymi fanami, którzy nie słuchają nowości włącznie.

Sam byłem bardzo zdziwiony, że tak ogarnięty biznesmen jak Winni przyjął w szeregi swojej wytwórni ten wrak rapera. Potem w formie „promocji” wypuszczane były typowe wywiady na odpierdol, gdzie dochodziło do scen, w których główny bohater odmawiałodpowiedzi na określone pytania (po ich przeczytaniu), ponieważ… nie chciało mu się nie mówić.

Wprawdzie potem single zwiastowały potencjał na dobrą płytę, jednak raczej były odbierane jako „ciekawostka” „najlepsze utwory na płycie” etc. Sam myślałem tak samo i po odpaleniu płyty dość poważnie się zdziwiłem.

Pewnie wszyscy zastanawiacie się, co nowego może mieć do zaoferowania potencjalnym słuchaczom 35 letni raper, autor 6 oraz współautor 7 płyt? Na pewno bezpretensjonalny rap bez zbędnego napinania się, obserwacje 30+ latka, a do pomocy takich bitmejkerów jak Donatan czy David Gutjar. Wszystko razem daje mieszankę wybuchową, mimo, że na papierze nie wygląda to nadzwyczajnie.

Do płyty podchodziłem niezwykle sceptycznie, jednak okazuje się, że biznesowy zmysł Winiego nie zawiódł po raz kolejny. Byłem święcie przekonany, że Borixon robi płytę „żeby hajs się zgadzał”, tymczasem Rekin naprawdę przyłożył się do każdego (!) utworu  na płycie.

Nad tym, że największym plusem płyty są bity, nie ma co dyskutować. Każdy, ale to każdy producent wykonał zajebistą pracęi dał bit pasujący do klimatu płyty. Donatan, Gutjar, Teka Rafpak, Kaerson, Bystry, Sakier, Erionite oraz DNA zrobili zajebistą, newschoolową robotę. Bity są naprawdę fresh jak na polską scenę, za co należy się megaprops.

Sam gospodarz pasuje do bitów i leci na nich solidnie. Bez fajerwerków, ale również bez wpadek. To samo tyczy się gości, żaden z nich nie przyćmił gospodarza, jednak każdy dał zwrotkę na wysokim poziomie. Tekstowo będziemy mogli posłuchać w większości refleksje 30 paro latka z perspektywy czasu, jednak są to naprawdę ciekawe przemyślenia, przykładem których jest utwór „Mój przyjacielu”.

Jak na razie płyta ta jest największym zaskoczeniem roku 2012. Ciekawe jest, że dwóch byłych przyjaciół osiągnęło naprawdę wysoką formę w tym samym roku, przy czym nikt nie spodziewał się nawet średniej, w stosunku do obu z nich. Materiał polecam z pewnością niezamkniętym truskulom, fanom nowych brzmień, oraz każdemu słuchaczowi z otwartą głową. Rap not dead, Borixon not dead.

9/10



Continue reading →

Kategorie