29.12.2012

Nullo (Trzeci Wymiar) - SPG Dystrykt [2012]

23 komentarze

Rudi, mój faworyt. Tak naprawdę moim faworytem w rapgrze od zarania dziejów był Nullo, pozostałe ksywki dochodziły i odchodziły gdzieś tam po drodze. W tzw. międzyczasie mój poziom jarania się Trzecim Wymiarem zdążył spaść, a po solówce Szada straciłem nadzieję, że stać ich jeszcze na coś lepszego.

Podobnie nie wierzyłem w grudniową datę premiery SPG Dystryktu – między poprzednimi płytami chłopaków były po 3 lata przerwy i nagle – nawet zakładając, że album był w ¾ gotowy – w pół roku wydaliby dwie? Ostatecznie wszystko odbyło się zgodnie z założeniami i jeszcze przed świętami mogłem cieszyć moje uszy solówką Nulla.

Poza dotrzymaniem terminów moją główną obawą była z pewnością potencjalna monotematyczność – cała płyta kręcąca się wokół ukochanej dzielnicy wydawało się być przesadą. Nic bardziej mylnego. Mimo, że niemal każdy utwór w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do Piaskowej Góry, to gospodarz dawkuje to w na tyle odpowiedni sposób, że o ziewaniu po paru utworach nie ma mowy.

Chyba to właśnie jest główną zaletą płyty – rozpiętość tematów połączona niby niezbyt wyszukaną, jednak idealnie sprawdzającą się klamrą. Aby odpowiednio wczuć się w nastrój, odsłuch koniecznie trzeba zacząć od niezwykle klimatycznego „Prologu”. Tak przygotowani możemy zachwycać się niezwykle plastycznymi opisami Wałbrzycha w „GPS” . W dalszej części usłyszymy m.in. tematykę czy to nostalgiczną, czy to zrezygnowane opisy przygnębiającej rzeczywistości, czy to nawet miłosną, jednak zawsze z  SPG w tle. Wszystko to bez zbędnego patosu.

Część liryczną przeplatają liczne popisy wokalne gospodarza, a jest ich naprawdę sporo: podśpiewywanie, przyśpieszanie, zwalnianie, numer w konwencji reggae zjadający 95% polskich śpiewaków, umiejętne „parodiowanie” innych raperów. Nullo nie przestraszył się nawet konfrontacji z naprawdę ciężkim brzmieniem („Fuck Propaganda”), przy którym „Jesteśmy Źli” Zeusa, czy też „OiOM” / „Zegar tyka” Mesa to naprawdę nic. Prawdziwym popisem flow wyżyłowanego do granic możliwości jest oczywiście „10 minut bragga”, będącym swoistym C.V. rapera.

Muzycznie całość jest osadzona w bardzo ciężkim klimacie, za który odpowiadają przede wszystkim Donatan, DJ Creon oraz Tyran. Muzycznie płyta jest bardzo zbliżona do „Złodziei czasu” jednak wszyscy, którzy znają tamten album doskonale zdają  sobie sprawę z tego, że nie jest to obelga. Co bit, to lepszy. Przy częstszych odsłuchach brudne, ciężkie, klasyczne bity z mocnymi bębnami mogą spowodować pylicę, zaś przy gitarowych ciężko usiedzieć w miejscu.

Jedynym minusem tego albumu są goście, jednak też chciałbym być dobrze zrozumiany: na featach nie ma tragedii. Nie ma również potrzeby wycinania niczyich zwrotek i nawet "12 rapostołów" można przesłuchać bez skipu, ale nie jest to poziom gospodarza. Taka tam malutka wada, bo tak naprawdę odnosi się tylko do dwóch utworów: wspominanego posse cuta oraz "Nostalgii". Hejtowanie Masseya to zwykłe przypierdalanie się.

Całość zamyka bardzo wymowne outro, idealnie kończące album.

Trochę się naczekaliśmy na to solo, ale zdecydowanie warto było. W płytach 3W zawsze, ale to zawsze czegoś brakowało, solówka Szada była nieporozumieniem. Za to Nullo włożył w ten projekt cały swój potencjał i słychać to w każdym jej momencie. Do „Doliny Klaunoow” średnio chciało (i nadal chce) mi się wracać, do tej płyty z pewnością będę.

9,5/10


Continue reading →
28.12.2012

Jot - Dzień i Noc Na Ziemi [2012]

17 komentarze

Pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się po przesłuchaniu tej płyty to pytanie: czemu wytwórnie promują wątpliwej jakości talenty, szukają po facebookach i wygrzebują 19 latków, którzy zdążyli zaliczyć 4 letnią przerwę od rapowania, skoro pod nosem jest weteran, który zjada wyżej wymienionych jednym wersem? I nie trzeba czekać na jego (ewentualne) rozwinięcie się – jest raperem kompletnym.

Odpowiedź na to pytanie pozostanie zagadką, jedyną poszlaką pozostaje tylko wątpliwy zmysł biznesowy właścicieli poszczególnych labeli, ale tę myśl rozwinę kiedy indziej. Musiałem o tym wspomnieć, ponieważ właśnie przez tych wszystkich pożal się Boże przedsiębiorców jest to pożegnalny album naprawdę dobrego rapera, który nigdy nie został doceniony nawet w 50 procentach.

Na tej płcie Jot pokazał wszystko, co ma najlepszego do zaoferowania, a nad czym pracował przez lata. Mimo, że nie jest to poziom światowy, to jednak ręce same składają się do oklasków. Jak dobrze wiemy reprezentant Wrocławia od lat posiada swój charakterystyczny, lekki styl i zamiast na siłę eksperymentować po prostu wykorzystał go w 100 procentach. Naprawdę mało osób w PL płynie po bitach z taką lekkością i swobodą.

Za stroną muzyczną również stoi gospodarz, który jest autorem wszystkich podkładów, które znalazły się na płycie.. Muzycznie jest naprawdę różnorodnie – od bitów opartych o pianinko czy gitarę, aż po flirtujące z nowymi brzmieniami podkłady z bengerową nutką. Mimo tego zróżnicowania i obecności zarówno bitów ewidentnie pasujących pod refleksyjne tematy, jak i takich, pod które można byłoby nawinąć cokolwiek, a i tak będzie się tego dobrze słuchać, wszystkie mają jeden wspólny mianownik: są bujające i niesamowicie melodyjne. Czyli dokładnie takie, jakie pasują do Jota w 100 procentach.

Pod tym względem kroku muzyce dotrzymuje również tematyka. Jest trochę bragga, historie z morałem, różnie ubrane opisy rzeczywistości, smutniejsze refleksje, czy też trochę życiowych prawd, jednak bez niepotrzebnego pakowania się w sypanie banałami. Wszystko to oczywiście z ogromną dawką luzu i inteligencji.

 Całą karierę Jota można podsumować jednym wersem z przedostatniego numeru na płycie „jednych trafia szlag od czekania na efekt”. Oczywiście bardzo chciałbym się mylić i liczę, że główny zainteresowany jeszcze zmieni zdanie, aczkolwiek doskonale go rozumiem, na jego miejscu też czułbym się skrajnie zniechęcony.

Ultra-wstydem dla całego środowiska jest całkowite zignorowanie tej płyty. Przede wszystkim mam tutaj na myśli recenzentów (albo „recenzentów”), którzy posiadają moc sprawczą w kwestii tego, kogo odbiorcy mają słuchać, a kogo niekoniecznie. Palcem chciałbym wytknąć załogę mojego ulubionego portalu, czyli popkillera, której jeden z członków jest znany z mocnego jarania się Jotem. Informacja o premierze pojawiła się na tym portalu dopiero dziś, czyli ponad 2 tygodnie po premierze! Na próżno było też szukać tam wzmianki o preorderze, bądź możliwości odsłuchu online. Wstyd panowie i panie, wstyd.


8,5/10


Continue reading →
25.12.2012

Nowy rok, nowe zasady

30 komentarze

Długo się przed tym broniłem, ale widzę, że nie ma wyjścia. Śmietnik w komentarzach zaczyna przypominać Glam Rap i portal z kreską, nie wszyscy mają facebooka, a niektóre pytania powtarzają się z taką częstotliwością, że chuj mnie strzela pisać odpowiedź na to samo kolejny raz. Z drugiej strony rozumiem, że nową osobę może to ciekawić - sam nie przeszukiwałbym wszystkich postów tylko po to, żeby poznać odpowiedź na jedno pytanie.

Najwygodniejszą formą będzie oczywiście V-Blog, jednak nie będzie on miał regularnego charakteru. Po prostu raz na jakiś czas będę zbierał wszystkie pytania i odpowiadał na nie w formie filmu. Pewnie tak raz w miesiącu. Lista wszystkich filmów będzie dostępna w kolumnie po prawej stronie, dzięki czemu będzie można łatwo powrócić do pytań już zadanych.

Jednocześnie ogłaszam wszem i wobec, że SYF NA BLOGU BĘDZIE TOLEROWANY TYLKO DO 31 GRUDNIA. Od 1 stycznia wszystkie komentarze nie na temat danego albumu będą bezwzględnie usuwane. W wypadku pytań po prostu będę je zapisywał i potem odpowiadał na nie zbiorczo, ale nie będzie już dyskusji o anarcho-kapitaliźmie i radiu pezet pod postem o płycie Rasa i Torta. Jeżeli zależy ci na szybkiej odpowiedzi, to MASZ ZAKŁADKĘ "KONTAKT", gwarantuję, że czytam wszystkie maile, jakie przychodzą na konto kaabanslg@gmail.com. Na facebooku również odpisuję, co może potwierdzić parę osób.

PIERWSZĄ RUNDĘ PYTAŃ OGŁASZAM DO SOBOTY, 7 STYCZNIA. 8 NAGRYWAM FILM I WSZYSTKO JEST JASNE. PYTANIA DAWAJCIE TUTAJ, NA FB ALBO NA MAILA, PO 1 STYCZNIA PYTANIA POD POSTAMI O PŁYTACH BĘDĄ ZAPISYWANE, JEDNAK USUWANE. PYTAŃ, KTÓRE PADŁY DO TEJ PORY NIE BIORĘ POD UWAGĘ, KONTO JEST PUSTE
Continue reading →

Eripe - Odium EP [2012]

6 komentarze

Jak głosi informacja na stronie patokalipsa.com:
"Parę miesięcy po pierwszym albumie pt. Chamskie Rzeczy, Eripe uderza ponownie z nowym materiałem, tym razem w całości na autorskich bitach. Odium EP to powrót charakterystycznego stylu rapera z Krakowa, mocne i konkretne linijki podane w sposób pozbawiony skrupułów, cenzury czy wyrzutów sumienia. Eskalacja skrajnych emocji wywoływanych u słuchacza, kontrowersyjne poglądy i twarde punche, doprawione rapowym progresem, klimatycznym brzmieniem autorskich produkcji (Ksywabezdja, Jan Taxky, Nastyk) oraz dźwiękami gramofonów (DJ Gugatch, DJ Peksi)."
 Skonfrontujmy więc te bończuczne zapowiedzi z rzeczywistością.

Eripe - raper obecnie reprezentujący Kraków, szerszemu gronu dał się poznać przy okazji nielegala "Chamskie rzeczy" oraz (przede wszystkim) tracku "Ujebało mózg mi", który znalazł się na trackliście mixtejpu "Swag Jak Skurwysyn". W związku z przypływem fejmu postanowił pójść za ciosem i na koniec roku wypuścił EP-kę o znamiennym tytule.

Nie da się ukryć, że już na poprzednim albumie stawiał przede wszystkim na bezkompromisowość i "nie pierdolił się w tańcu". Ta stylistyka jest kontynuowana i rozwijana na "Odium" - gospodarz ciśnie dosłownie po wszystkim, a najbardziej obrywa się rzecz jasna polskiej rap scenie.

Obiektywnie pancze są całkiem niezłe i przy tym większej części naprawdę przemyślane. Czasem cienka granica skrajnego chamstwa i zwykłego, niezamierzonego buractwa zostaje przekroczona, jednak ma to miejsce stosunkowo rzadko. Niemniej takie właśnie wpadki dyskwalifikują z grona osób, które mogą nagrać utwór pt. "Punchline - redefinicja", w którym zresztą stężenie dobrych wersów jest najniższe na całej płycie.

Tematycznie całość kręci się wokół nienawiści do świata, z rozbiciem na poszczególne elementy czyli animozji do rapu, raperów, poszczególnych ludzi, zawodów, grup społecznych itd. Przy tej długości albumu (26:34) nie ma mowy o monotematyczności. Pod tym względem koncept albumu został zrealizowany bardzo dobrze.

Największy problem zaczyna się kiedy przejdziemy do opisu możliwości wokalnych gospodarza. Niestety, ale nie możemy powiedzieć, żeby głos był jego mocną stroną. Podobnie jak monotonne flow oraz momentami załamujący się wokal (końcówki zwrotek). Wprawdzie całość nie składa się na tragedię pokroju Cruza czy innego Vienia, jednak jeżeli dissuje się całą scenę, to naprawdę wypadałoby samemu być przynajmniej solidnym w kładzeniu wersów na bit.

Ważne i warte odnotowania jest względne dopasowanie podkładów do tematyki, w której obraca się Eripe. Przyznajmy, że pancz za panczem na samplu z Barry'ego Manilowa brzmiał by raczej groteskowo. Jednak niech wam nie zdaje się, że jest to pochwała dla bitów - klasyczne produkcje rodem ze wschodniego wybrzeża po prostu nie przeszkadzają w słuchaniu i są raczej tłem dla - przecież i tak nie najlepszego - gospodarza. Ponadto zważając na momentami skrajną tematykę powinny być bardziej agresywne.

Na tej płcie Eripe dobrze punktuje głupotę całej polskiej rap sceny, która mnie osobiście również strasznie mierzi. Pytanie brzmi, czy pod wpływem czy to fejmu, czy to znajomości w środowisku nie zmieni kursu na łagodniejszy? Liczę, że tak się nie stanie i do tego momentu będę mu bez wątpienia kibicował. Tymczasem czekam na poprawę, bo mimo potencjału ma jeszcze sporo do nadrobienia.

7/10


Continue reading →
24.12.2012

Hemp Gru - Braterstwo [2012]

8 komentarze

Parę dni temu HG oficjalnie ogłosiło zakończenie współpracy pod tą marką. Bez względu na to, czy jesteście lojalnymi fanami, słuchaliście kiedyś, a dziś został tylko sentyment, czy też nigdy nie przebrnęliście przez ani jeden numer – w polskim rapie kończy się pewien etap. Niespodziewanie, dodajmy.

„Braterstwo” to tytuł 3ciej części trylogii mini albumów (EP-kami bym tego nie nazwał) wydawanych przez duet z Mokotowa w niezbyt długich odstępach czasu. Poprzedniczki, czyli „Jedność” oraz „Lojalność” delikatnie mówiąc rozczarowywały. I nie mówię tutaj o poziomie gospodarzy w stosunku do reszty sceny, tylko o tym, na ile ich stać.

Pod tym względem tegoroczny album wprawdzie wypada lepiej, niż EP-ki z 2011 roku, jednak nie jest to nawet 50% poziomu, jaki duet z Mokotowa prezentował na „Drodze”. Równocześnie nie ma tutaj nawet resztek głównej części składowej „Klucza”, czyli klimatu. To właśnie on zrobił tamtą płytę i sprawił, że dzisiaj bez zawahania można powiedzieć o niej „kultowa”.

Wynik tak przyjętej taktyki był prosty do przewidzenia – „Braterstwo” podobnie jak poprzedniczki to popłuczyny po pełnoprawnych albumach grupy. Muzycznie jest to nadal ta sama, uliczno – hardkorowa, klasyczna stylistyka, wprawdzie wzbogacona czy to o gitarę, czy o kobzę (?), jednak melodyjność bitów, która wcześniej pomagała w rapowaniu obu Panom została wykastrowana niemal do zera. Efekt tego jest taki, że „Ulicznej liryce” nikomu nie udało się zgrać z bitem choćby w jednym wersie, nie mówiąc o całych zwrotkach.

Nie jest to bynajmniej jednoznaczne z tym, że podkłady stoją na niskim poziomie. Wprawdzie szału nie ma, jednocześnie trudno się do nich przyczepić. Jednak nadal jest to powielanie klimatu z poprzednich płyt, z minimalnymi zmianami. Świeżości nie wniósł nawet Donatan.

Tekstom szkoda poświęcać choćby zdania, nie mówiąc o akapicie: jebać system, marihuana, jedność, lojalność, braterstwo, weź się za siebie bo dasz radę, Warszawa, . Czyli to, co zarówno Wilku jak i Bilon ugryźli już z każdej możliwej strony. Osobiście nie mam nic do takiej tematyki, wręcz uważam, że uliczny nurt jest w rapie potrzebny. Ale nie w takim wykonaniu.

Jeszcze dwa słowa odnośnie wykonania właśnie: przez lata byłem pierwszym obrońcą Wilka. Zewsząd leciały na niego hejty, że nie ma flow, jest chujowy itd. Tymczasem na takim „Nigdy nie mów nigdy” płynie on po bitach i jest to fakt. Niestety, ale im jest starszy tym gorszy, na tej płycie obserwujemy apogeum tego spadku – miejscami WDZ cierpi na brak flow porównywalny z Mielonem. Zresztą Bilon wcale nie jest lepszy – jego przeciąganie końcówek jest strasznie męczące.

Wbrew pozorom płyta to nie same minusy, zdołałem wychwycić także kilka pozytywów. Jednym z nich jest oczywiście featuring Cormegi, chyba na osłodę stękania chłopaków. Drugi to rzecz jasna osobliwe outro, będące swoistym pożegnaniem się marki HG ze słuchaczami. Poza tym całkiem nieźle prezentuje się tytułowy track, w którym udzieliło się większość ksywek związanych z Dill Gangiem.

Sam lubię HG, z racji wieku „Klucz” znam na pamięć i nie mogłem patrzeć na ich coraz szybszy upadek. Dlatego jeżeli możliwości to nagrywanie coraz słabszych płyt, bądź zawieszenie tej formuły, to oczywiście wybieram opcję nr 2. Po co niszczyć legendę. Ta płyta mimo, że lepsza od „Jedności” i „Lojalności” to i tak jest słabym pożegnaniem ze słuchaczami, niestety.

4/10




Continue reading →
17.12.2012

Ras & DJ Tort - MAUi WOW!E EP [2012]

28 komentarze

Jak będąc raperem posiadającym już całkiem pokaźny fejm, skutkujący regularnym graniem koncertów wydać (słoneczną) płytę, która przejdzie praktycznie niezauważona? Nic trudnego, wystarczy przełożyć premierę z sezonu wakacyjnego na październik i połowa potencjału idzie w piach.

To jest naprawdę niecodzienna sytuacja, żeby jeden z bożków ślizgu niedługo po premierze dociągnął raptem do 10 stron tematu. Dla porównania Płyta Rasa i Menta z 2008 ma ich 20, projekt z Weną 91, zaś zeszłoroczny Hotel Trzygwiazdkowy – 64. Data premiery tłumaczy to tylko połowicznie, jednak do tej pory nie udało mi się ustalić powodu skrajnego braku zainteresowania tym wydawnictwem.

Przypomnijmy, ta EP-ka to „niezobowiązujący projekt” Rasa znanego wiadomo skąd i DJ Torta, który rozpoznawalność zawdzięcza współpracy z Te-Trisem. Tytuł albumu to równocześnie nazwa duetu producenckiego, który tworzą wspominany wcześniej DJ oraz Rollin, czyli fejm się zgadza (chociaż po EP Pelsona nie ma co do tego już wątpliwości).

Po fatalnym „Hotelu” na płytę nie czekałem ani trochę. Po początkowym zachłyśnięciu się świeżym (jak na 2008 rok) stylem Rasa przejrzałem na oczy, zaś sam raper zdążył stracić właśnie na tym, co tak go wyróżniało: świeżości. Z perspektywy czasu zarówno „Dobra muzyka, ładne życie” jak i „Duże rzeczy” nie są instant klasykami, jednak (od strony pracy MC) są to płyty co najmniej bardzo dobre. Należy także uczciwie przyznać, że na zeszłorocznej płycie był cieniem samego siebie sprzed 2 i 3 lat, co nie nastrajało pozytywnie.

Na tym albumie następuje poprawa połączona z progresem w kwestii nawijki, jednak Ras w dalszym ciągu sprawa wrażenie częściowo wypalonego, jakby poszukiwał tej utraconej świeżości na siłę. Owszem, są charakterystyczne dla tego MC gierki słowne, jest niesamowity luz graniczący z wyjebaniem w nawijce, do tego czasem trafią się nawet przyśpieszenia. To wszystko składa się na formę wyższa, niż miało to miejsce na „Hotelu”, jednak niższą aniżeli na płycie z Weną. Tematycznie są to raczej rzeczy znane z poprzednich nagrywek 1/2 Rasmentalismu.

Takiego problemu nie ma Tort, który pokazał klasę. Na tej płycie nie ma słabego bitu ani przypadkowego dźwięku. Wcześniej zawsze to Ras był tym, który ciągnął projekt do góry, tutaj nastąpiła zmiana i tę rolę przejął producent. Zgodnie z zapowiedziami brzmienie jest utrzymane w kalifornijskim klimacie. Do tego stopnia, że nawet  przy obecnych -10 słońce za oknem cieszy, jakby termometr wskazywał 3 krotność tej liczby, oczywiście bez minusa z przodu. Jeżeli 2cztery7 ma jakiekolwiek szanse na reaktywację to w pierwszej kolejności powinni dzwonić właśnie do Torta (względnie Maui Wowie).

Uwielbiam słuchać EP-ek, ponieważ najczęściej są to numery po taki ostrej selekcji, że ciężko znaleźć coś odstającego od reszty. Tak jest i tutaj, całość dopełnia zaś niesamowita chemia na linii producent-MC. Jeżeli wydawało wam się, że Ras jest stworzony do bitów Menta to najpewniej nie słuchaliście tej płyty. I mimo, że temu pierwszemu czasem zdarzy się niefortunne przyśpieszenie to i tak nie psuje to odbioru niesamowicie spójnej, letniej całości. Klimat, klimat klimat.

8 + 0,5 za bity = 8,5/10




Continue reading →
14.12.2012

Czarny - Niedopowiedzenia [2012]

21 komentarze

Cieszę się, że przyszło mi pisać o tej płycie ponad miesiąc po premierze – dzięki temu mogę spokojnie napisać, że z tych, które wyszły do tej pory jest to najbardziej przespany album 2012. Wszystko wskazuje na to, że w zbliżających się wielkimi krokami podsumowaniach będzie zwycięzcą tej kategorii. I milion odtworzeń tracku z Pezetem nic w tej kwestii nie zmienia.

Czarny na swoją szansę czekał zdecydowanie zbyt długo. O jego kunszcie można było przekonać się już parokrotnie i nie mówię tutaj tylko o dwóch płytach HiFi Bandy, ale przede wszystkim o świetnych podkładkach, które znalazły się m. in. Na mixtejpie Prosto 600V czy na „Dziś w moim mieście”, czyli 2 lata temu. Zdecydowanie wtedy był czas na płytę producenta HiFi i Czarny powinien żałować, że „Niedopowiedzenia” nie wyszły właśnie wtedy. Z pewnością odbiłyby się znacznie większym echem niż to, które możemy obserwować na chwilę obecną.

Przez dwa akapity ubolewam nad niedocenieniem tego materiału, ponieważ jest to jedna z lepszych płyt bieżącego roku. Niestety, nie mogę powiedzieć, że „dopracowana w każdym calu”, ponieważ zaproszeni goście zostawiają jednak trochę do życzenia.

W tym kontekście jeszcze bardziej dziwi ilość utworów na płycie. 11, w tym aż 5 intrumentalnych zapowiadało raczej tracki, w których raperzy osiągnęli najwyższy możliwy poziom i przeszli surową selekcję gospodarza. Jednym słowem same sztosy. Wskazywał na to również singiel, czyli tytułowy numer (przy okazji będącym również rozpoczęciem albumu), w którym nawija Pezet.

Jednak im dalej – tym gorzej. Wprawdzie nie będziemy świadkami tragedii, jednak dobór raperów wg klucza „znam/nagrywał u mnie” okazał się być niewystarczający. Mierzi to tym bardziej, że podkłady to naprawdę poziom światowy, jednak nawijający na nich (poza wyjątkami) - jedynie dobry.

Ta różnica poziomów jest niewidoczna tylko w utworach ze wspominanym już wyżej Pezetem, VNM-em (bez refrenu) oraz Hadesem. Pyskaty i Onar nie są złymi raperami, ale to nie ten poziom. Grizzulah i Cheeba z EWR wprawdzie pasują do konwencji reggae, jednak numer męczy. Udział Boxiego to jakieś grube nieporozumienie i zapewne bardziej wynik koneksji z Venomem, aniżeli faktycznych umiejętności. Diox stacza się od dłuższego czasu i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Zdecydowanie ciekawiej prezentuje się druga część płyty, czyli popisy instrumentalne Czarnego, wzbogacone o cuty i screatche. Jest różnorodnie, jednak wszystkie podkłady mają wspólny mianownik. Gospodarz prezentuje nam zarówno dupstepowe pierdolnięcie, jak i spokojniejszy bit oparty o instrumenty smyczkowe. Na płycie znalazły się zarazem podkłady klasyczne, jak i te w zaawansowanym stopniu flirtujące z elektroniką.

To wszystko teoretycznie do siebie nie pasuje, jednak w trakcie słuchania znakomicie współgra. Nie ma tutaj żadnej przypadkowości – wszystko jest przemyślane i połączone ze sobą w taki sposób, w jaki zaplanował to producent, a nie „tak jak wyszło”.

Ta płyta to potwierdzenie teorii, że polscy słuchacze jeszcze nie dorośli do doceniania roli producenta. Jeżeli bitmejker nie jest wypisany na okładce, to 50% osób nie wie nawet kto odpowiada za muzykę na danym projekcie. Jeżeli byłoby inaczej, to wszyscy fani HiFi (których przecież jest niemało) gloryfikowali by tę płytę, a tak połowa drapiąc się w głowę zastanawia się „kto to ten czarny”, druga połowa patrzy nieufnym okiem na elektronikę, zaś płyty słuchają tylko siedzący głęboko w rapie, którzy na ten CD czekali od kiedy został zapowiedziany. Szkoda.

8,5 + 0,5 za bity = 9/10


Continue reading →

Wywiad z Zeusem już niebawem

39 komentarze

 Zapewne zauważyła to garstka osób, więc piszę oddzielnego posta - w wyniku mojej polemiki z Zeusem na jego fanpage'u padła propozycja przeprowadzenia wywiadu. Kontaktowałem się już z samym raperem i info jest potwierdzone, także zapewne jakoś niedługo możecie spodziewać się takowego.

Nie jestem fanem opcji "zadaj pytanie Zeusowi", pytania i ich końcowy kształt będę przygotowywał sam, jednak chcę mieć pewność, że w natłoku spraw nic mi nie umknie - pod tym postem możecie napisać o co byście zapytali/co was nurtuje, jednak miejcie świadomość, że traktuję to jako przypominajkę i możliwe, że żadne z tych pytań nie padnie.

A i wszystkie komentarze nie na temat będą kasowane.

UPRZEDZAJĄC PYTANIE, KTÓRE NA PEWNO PADNIE - NOWY TEKST BĘDZIE DZIŚ, ZA NIEDŁUGO.
Continue reading →
12.12.2012

Pelson - 3854 i 3 kroki EP [2012]

28 komentarze

Na płytę Pelsona czekałem od 2005 roku, czyli momentu premiery pierwszego solowego albumu członka Molesty. „Sensi” mimo wielu wad i niedoskonałości jest płytą, która przetrwała próbę czasu i wracam do niej do dziś. Podobne oczekiwania miałem w stosunku do tegorocznej EP-ki.

Tytułem przypomnienia – początkowo ta płyta miała być częścią składową drugiego albumu Pariasu, który miał opierać się na 3 oddzielnych projektach każdego z członków. Z przedpremierowych wywiadów możemy dowiedzieć się, że o mały włos tak właśnie by się stało, jednak na szczęście dla naszych uszu Eldo i Włodi zajęli się własnymi sprawami, dzięki czemu „3854 i 3 kroki” mogła zostać wypuszczona jako solowe wydawnictwo Pelsona.

Po pierwszych singlach puściłem w niepamięć ostatnie „wyczyny” gospodarza (featy u Pezeta/Małolata, Parias) i uwierzyłem w to, że jest w stanie nagrać dobrą, trzymającą równy poziom płytę. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała umiejętności Pelego, oraz dobitnie pokazała, że ’12 to nie ’05 i jednak wydałoby iść wprzód. Może nie 3854, ale chociaż te 3 kroki.

Przez całą (na szczęście krótką) płytę Pelson serwuje nam to samo, znane wszystkim menu, w którym jedyną zmianą w stosunku do jego ostatnich dokonań są bity. Te zaś nawiązują do klimatu „Sensi” i w zasadzie jest to jedyny bezsporny plus płyty. Nie przez przypadek Tort i Rollin zadbali o to, aby było słonecznie oraz laidbackowo – są to jedyne podkłady, na których gospodarz jest w stanie jako-tako rapować.

Wracając do formy gospodarza – mimo całej mojej sympatii nie potrafię znaleźć dobrych stron chronicznej monotematyczności. Znowu słyszymy o tym, że ma dobre życie, nie daje się systemowi, mógł być w dupie, a jest tu gdzie stoi, Molesta i oczywiście palenie jointów z Alchemistem (ciekawe o czym by nawijał, gdyby to zdarzenie nie miało miejsca?). Do tego w Intrze rzuca kilkanaście wątpliwej jakości panczy, których poziom obniża się jeszcze bardziej w momencie, kiedy zauważymy, że padają one z ust rapera wypierdalającego się na każdym innym, niż laidbackowym bicie. Oszczędzę wstydu i daruję sobie wypisywanie konkretnych wersów.

Wszystko to podane tym samym, monotonnym flow, ale o to nie mam zbyt wielkich pretensji. Miejscami płyta jest pojechana tak, jak powinna do takich podkładów. Chociaż nie zabrakło też wpadek, jak np. w utworze „O niej”, gdzie Hades pokazuje, jak powinno się „rozmawiać” z takim podkładem. Poza członkiem HiFi pozostali goście mogliby nie istnieć – Grizzlee irytuje swoim śpiewem, Eldo im starszy tym gorszy, a Kubson jest po prostu bezbarwny (swoją drogą możecie powiedzieć mi, co ludzie w nim widzą?).

2552 – tyle dni upłynęło od premiery „Sensi”. Od tylu dni pod względem warsztatu Pelson stoi w miejscu i - co gorsza – chyba mu z tym dobrze. Mi jako recenzentowi wręcz przeciwnie i mimo, że po odsłuchu całości nie mam odruchu wymiotnego, to i tak nie mam ochoty na ponowne wciśnięcie "play" (jedna „Tej nocy” wiosny nie czyni). Odnoszę wrażenie, że ludzie oceniają tę płytę zbyt wysoko w stosunku do jej faktycznego poziomu – zapewne z sentymentu. Jednak na tym blogu sentymenty nie są brane pod uwagę.

5,5 + 0,5 za bity = 6/10


P.S. ODPOWIEDZIAŁEM NA PYTANIA POD POPRZEDNIMI POSTAMI, POZDRO
Continue reading →
08.12.2012

Beeres - Klub Wyklętych Futurystów [2012]

14 komentarze

Po przesłuchaniu tej płyty uczciwie muszę przyznać, że jednak coś jest w tej „klątwie Aptaun”. Bo jak inaczej racjonalnie wytłumaczyć fakt, że właśnie w tej wytwórni nie wyszła jeszcze żadna płyta, na której gospodarz wykorzystywałby chociaż 50% swojego potencjału? Niestety, ale w ten trend wpisuje się również Beeres i jego nieudana próba wjazdu z buta na scenę.

O samym Konradzie nie będę się rozwodził – parę miesięcy temu popełniłem recenzję jego mixtejpu z poprzedniego roku. Wtedy oceniłem to bardzo pozytywnie i wyrażałem nadzieję, że pełnoprawnym materiałem rozjebie rapgrę.

W końcu nastąpiła długo oczekiwana premiera i przez nikogo nieprzewidziana klapa. Klapa porównywalna z tą, którą mieliśmy okazję obserwować przy okazji „Równonocy” Donatana. Rozumiem, że Beeres jest jeszcze młody, ma czas itd., ale nagranie płyty gorszej od mixtejpu na kradzionych bitach to naprawdę nie lada wyczyn.

Najgorsze jest to, że po rozłożeniu albumu na czynniki pierwsze wszystko prezentuje się przynajmniej dobrze. Bardzo dobry wokal, podśpiewywanie (może nie najwyższej jakości, ale wypierdalać z pisaniem, że wycie VNM-a > Beeres), damskie wokale, drejkowo-kanyewestowe bity, bezbłędne poruszanie się po nich, tekstowo bez fajerwerków, ale też niema się do czego przyczepić.

Po wrzuceniu ich wszystkich do tygla wbrew oczekiwaniom nie otrzymujemy bardzo dobrej, nowoczesnej kompozycji, a jedynie nieudany eksperyment, w którym zabrakło „tego czegoś”, albo jak kto woli – jaj.

Wszystko rozmywa się gdzieś po drodze, między wersami  o dupeczkach a tymi o zmianie gry. Na taki rodzaj rapowania, jaki prezentuje gospodarz KWF można sobie pozwolić po paru latach na scenie, ale nie na początku swojej przygody. Zamiast soczystych bangerów jak chociażby „Co zrobić z tym” otrzymujemy pitu pitu będące wynikiem przedawkowania „Runaway” i „Crew Love” (to tylko pierwsze z brzegu przykłady, żeby ktoś mnie zaraz nie łapał za słowa).

Beeres dostał u mnie spory kredyt zaufania i mimo, że go tutaj nie wykorzystał, to jednak mój stosunek do tego rapera nie zmienił się. Po prostu uderzył swoim potencjałem w niewłaściwe tony, w dodatku w niewłaściwym momencie. I zachodzę w głowę, czy Pyskaty nie umie powiedzieć swoim podopiecznym, że coś jest słabe/nie takie, jak powinno być, czy po prostu ma tak spierdolony gust. Biorąc pod uwagę jego ostatnie solo skłaniam się ku opcji nr 2.

6/10



Continue reading →
04.12.2012

834 - Elbląg Bejbi! [2012]

19 komentarze

Nowa płyta Osiem Trzy Cztery to kolejny dowód na to, że zapowiedzi o zakończeniu działalności zespołu, czy też w skrajnych przypadkach kariery to tylko zagrywki marketingowe, które nijak się mają do rzeczywistości. Na miejscu VNM-a byłoby mi wstyd rzucać słowa na wiatr w tak dużych ilościach (przypomnijmy, że jeszcze 3 lata temu twierdził, że kończy z rapem na amen), jednak w tym wypadku jest to pewien pozytyw – od początku było wiadomo, że na płycie z Boxim i Denverem nie uświadczymy schematu na którym została oparta jego ostatnia solówka, czyli „Drake x J. Cole”.

Z tego właśnie powodu cieszyłem się i trochę czekałem na nowe 834 – w końcu najlepsza płyta VNM-a to „De Nekst Best” i takiego właśnie klimatu oczekiwałem na tym albumie. Nie zawiodłem się, jednak zdaję sobie sprawę, że jest to raczej pożegnanie z jedną słuchalną wersją Venoma.

Niby ’12 to nie ’06, jednak na tym albumie momentami naprawdę czuć klimat starego 834. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego zespołu, więc ani mnie to ziębi, ani grzeje, jednak dla fanów będzie to niewątpliwy plus i coś, na co czekali od lat. Teoretycznie powinien cieszyć fakt, że cała płyta nie kręci się wokół „wróciliśmy i jesteśmy zajebiści”. Zamiast tego mamy dość zróżnicowaną (jak na 8 utworów) tematykę, oraz próby  ubrania wersów w jakieś ambitniejsze koncepty (Hipochondryk, Sprawdź portfel, Mniejsze zło).

Jednak umówmy się, ani VNM, ani tym bardziej jego wersja Alpha nigdy nie byli tuzami w kwestii tekstów i tutaj się to nie zmieniło. Uśmiechem politowania kwituję ich wysiłki, które sprawiają wrażenie jakby co najmniej czytali greckich filozofów w oryginale, a wychodzi z tego co najwyżej przeciętny tekst, którego finał znasz już po pierwszej czwórce. Dlatego właśnie napisałem, że cieszy to tylko w teorii, w praktyce wychodzi z tego przeciętniak.

Przed odsłuchem nie miałem złudzeń co do tego, że Boxi przestanie kserować VNM-a. Na „Elbląg Bejbi!” ten problem pogłębia się jeszcze bardziej. W tym momencie wychodzi hipokryzja V-a, który w każdym wywiadzie i w co drugim utworze NISZCZY CHUJOWYCH RAPERÓW, po czym sam aprobuje takie historie u swojego dobrego kolegi. Boxi rzecz jasna w dalszym ciągu nie znalazł flow, więc jego dalsze uczestnictwo w polskiej rapgrze jest zbędne. Podobnie ma się sprawa z Nigerem, który powinien mieć szlaban na rapowanie.

Znacznie lepiej niż kolega spisał się Denver, jednak o niego się akurat nie obawiałem. Do strony produkcyjnej poprzednich płyt nie można było się specjalnie przyczepić, podobnie jest na tej. „Elbląg Bejbi” stoi przede wszystkim dobrymi bengerami (które notabene są dla mnie idealnymi bitami dla VNM-a) i nie posiada słabszych momentów. Cieszę się, że klimat 834 został utrzymany również w warstwie muzycznej - nie ma odejścia ani w jakieś dziwne, na siłę nowoczesne klimaty, ani cofania się do samego sampla + bębnów. Nie jest to szczyt produkcyjny, jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

Wśród opinii, które czytałem panuje przeświadczenie, że płyta to jedno z większych zaskoczeń. Myślę, że jako osoba, która nigdy nie jarała się 834 mogę ocenić to bardziej obiektywnie: moim zdaniem jest to efekt tego, że taka płyta w ogóle się ukazała. A skoro już wyszła, to można przymknąć oko na niedociągnięcia, które w 2012 nie powinny mieć miejsca. Pierdolenie „Boxi>VNM” wolę przemilczeć, chociaż powtarza się to tyle razy, że autorzy tego stwierdzenia chyba serio w to wierzą. Jakby wyciąć niektóre zwrotki VNM-a to byłaby całkiem dobra EP-ka, tak każdy członek formacji w mniejszym lub większym stopniu coś zjebał, przez co płyta nadaje się na najwyżej kilka odsłuchów.

6/10



Continue reading →
02.12.2012

V.A. - Popkiller Młode Wilki 2012 [2012]

10 komentarze

Po rozprawieniu się z poszczególnymi wyborami wielce czcigodnej redakcji najlepszego portalu branżowego (co najmniej) w Europie Środkowo-Wschodniej przyszedł czas na ocenę składanki powstałej na kanwie tychże. Czy „Młodzi Wilcy” wykorzystali powtórną szansę przekonania mnie do swoich rapsów, czy raczej utwierdzili w przekonaniu, że cała akcja nie jest warta świeczki?

Wbrew pozorom odpowiedź na powyższe pytanie nie jest taka oczywista. Całość prezentuje oczywiście mierny poziom, jednak w paru przypadkach zrewidowałem swoją opinie, więc założenia płyty zostały spełnione.

Może po kolei. Przede wszystkim wreszcie do czegoś przydał się DJ Flip – intro to coś, czego zdecydowanie zabrakło w zeszłorocznej edycji. Tutaj nie dość, że otrzymaliśmy wstęp, to jeszcze w formie tracku złożonego z cutów autorstwa jednego z laureatów. Sam track wyszedł naprawdę bardzo dobrze. Jednak nie jest to jednoznaczne z propsami dla solidnego DJ-a.

„Na front” oceniałem już wcześniej, więc daruję sobie przypominajkę. Pozostałych 14 tracków podzieliłem na 5 grup:
- chujowy byłeś i pozostaniesz,
- słaby byłeś, ale masz szanse to zmienić,
- przeciętność nie jest cnotą <skrecz>,
- dobry byłeś, ale zawiodłeś,
- dobry byłeś i pozostaniesz.

Uprzedzając ewentualne dissy na moje umiejętności matematyczne – gdzie podziały się jeszcze 2 (nie licząc pierwszych dwóch) utwory? Oczywiście chodzi mi o kpinę Jopela zarówno ze słuchaczy, jak i z całej akcji. Bo jak inaczej nazwać wrzucenie remixów starego utworu na taki projekt? Jak widać reprezentantowi Białegostoku hajs i fejm już się zgadzają i nie potrzebuje jakichś młodych wilków. Tylko po co zgadzał się brać udział w przedsięwzięciu?

Po tej małej dygresji czas na przedstawienie pozostałych utworów, zacznijmy więc od dna, czyli „Chujowy byłeś i pozostaniesz”. Walka o przywództwo w tej grupie była dość zażarta, ostatecznie wygrał ją mój faworyt, czyli Buka. Dlaczego właśnie on? Ponieważ podkręcił chujowość swojego tracku zapraszając jeszcze gorszych kolegów z Sumy Styli. 3 x Magik Wannabe = słuchalność na poziomie zespołu CruzZzaspał, dziękuję. Jego zastępcą został rzecz jasna Ńemy, który obrał podobną strategię i również postanowił urozmaicić numer, zapraszając do niego kolegów. Nie mogło zabraknąć tutaj również quasi freaka Gospela (chociaż zaskoczył mnie, dałem radę odsłuchać do końca).

Kolejny akapit otwiera liczący wersy pod ciekawy bit Mesa LJ Karwel. Nie ukrywam, że właśnie tym trackiem przekonał mnie do siebie (chociaż trochę mi to jebie SzSz). Owszem, dalej uważam, że jest najsłabszy z ekipy, z którą nagrywa, jednak dostrzegłem potencjał i chciałbym to wyraźnie zaznaczyć. Poza nim odnotujmy jeszcze Bogu Bogdana, który o dziwo nie zalatuje już Bonsonem, w dodatku pod bengerowy bit – przypadek czy też nie, na podstawie tej płyty otrzymuje szansę.

Najgorsze za nami, więc czas na zawodników, którzy ani ziebią, ani grzeją. Tutaj bezapelacyjnie prym wiedzie Dejan i jego zupełnie bezbarwny utwór na minimalistycznym bicie. Żeby nie było mu smutno może posłuchać Biaka, który gdzieś między wpadnięciem jego utworu w jedno i wypadnięciem przez drugie ucho twierdzi, że „jest wersją nieco lepszą” (pytanie od czego konkretnie lepszą). Prócz tej dwójki znajdzie się miejsce dla Żyta, który może i dobrze rozkminił i złożył numer, jednak polotu nie ma w nim za grosz (mógł próbować nadrobić to chociażby bitem…).

Tak przechodzimy do bardzo niemiłej części, czyli „dobry byłeś, ale zawiodłeś”. Niestety, ale to tutaj muszę umieścić jednego z moich faworytów – Rudiego. Potencjał jest i to dość spory, coś tam dobrego nagrał, ale na tej płycie nie delikatnie mówiąc nie popisał się. Zaraz za nim plasuje się ze swoją dobrze poskładaną technicznie zwrotką Jasiek MBH, czyli jedyny ulicznik w stawce. Poza nimi  zawiódł autor jeden z lepszych płyt 2011, czyli Haju. Track klimatem nawiązuje do „Międzyświatu”, jednak nie dorównuje mu poziomem.

Trochę wyższą pozycję niż ta trójka zajmują Szuwar oraz KęKę. Ten pierwszy dał bardzo dobry, klimatyczny i stylowy track, jednak nadal nie jest to ten level, którego bym oczekiwał. Reprezentant Radomia poleciał na swoim poziomie, jednak nadal nie ma progresu, a za podobne poglądy propsów nie będzie.

I tak dochodzimy do Beeresa, czyli jedynego członka elitarnej grupy „dobry byłeś i pozostaniesz”. Co tu dużo mówić, świetny utwór, świetne flow, podśpiewywanie, mainstreamowy bit (!), jeżeli on nie rozjebie to kończę pisać o rapie.

Podsumowując – nie mogę pojąć jak to możliwe, że większość raperów jednak olała szansę, jaką stworzył im Popkiller. Bez względu na mój brak szacunku do tego portalu, to Natali i spółka mają więcej fejmu, niż 90% „Młodych Wilków”. Ta akcja to naprawdę była dla nich szansą – być może wykorzystają ją wytwórnie, z czego bardzo bym się cieszył. Sami raperzy niestety podeszli do tematu na zasadzie "chciejstwa", a raczej jego braku. Z jednej strony szkoda, z drugiej nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego.




4/10


Continue reading →
29.11.2012

Szyna/TDF - Spacer EP [2012]

17 komentarze

Nie ukrywam, że mój stosunek do tych wszystkich „młodych wilków” wyraża się raczej w odrazie pomieszanej z pogardą. Ten obraz jeszcze mocniej psują mi wpuszczane co i raz kolejne kawałki asów pokroju Sulina czy B.R.O. Szyna już na płycie Zioła pokazał, że niekoniecznie musi wpisywać się w ten trend, na albumie z TDF-em to potwierdził, a ja odetchnąłem z ulgą, że nie jest tak źle jak myślałem.

Przypomnijmy, że reprezentant Sosnowca w świadomości szerszej publiczności pojawił się mniej więcej równolegle z wymienionymi wyżej oraz jeszcze paroma młodymi raperami. Mimo tego, że aparycja nie zachęcała, to postanowiłem posłuchać co ma do zaoferowania. Delikatnie mówiąc nie było to dla mnie satysfakcjonujące. W mojej głowie pozostał obraz kolejnego domorosłego alkoholika, który nie wiadomo po co musi o tym rapować.


Tę płytę sprawdziłem trochę z rozpędu i trochę zachęcony długością materiału – EP-ka to max 30 minut, tyle mogę mu ewentualnie poświęcić. Całość trwa 33 minuty, więc uważam, że nazywanie tego epką to wprowadzanie ludzi w błąd, ale nie czepiajmy się szczegółów. Z 30 przymusowych zrobiło się 120 bardzo przyjemnych minut, w co sam nie mogę uwierzyć.


Po tym opisie pewnie myślicie, że mamy do czynienia z diamentem, więc chciałbym od razu ostudzić nastroje – ta płyta pokazuje, że Szyna ma potencjał, jednak tutaj jeszcze nie pokazuje go w pełni. Prawdopodobnie wynika to z brakuj doświadczenia.


Jak pisałem wyżej – wcześniej Szyna niczym się nie wyróżniał, raczej nazwałbym go solidnym rzemieślnikiem. Kiedy przyszło do nagrania płyty okazuje się, że bez zbędnego napinania się potrafi stworzyć spójny i naprawdę dobry materiał, którego słucha się z przyjemnością. Niby w tekstach dominuje standardowa tematyka – było ciężko, ale wychodzę na prostą, nagrywam z Tede, żyję po swojemu, pierdolę wyścig, pieniądze nie są najważniejsze – jednak sposób, w jaki podaje to gospodarz ma „to coś”.


Być może siła tego albumu byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie bity od TDF-a, jednak nie ma co gdybać. Pozornie podkłady autorstwa wieprza są typowym rzemieślnictwem, ale nie da się ich pomylić z innymi. Najkrócej mówiąc są to zapewne bity, które nie weszły na klasycznie brzmiące „Odkupienie”, jednak ani trochę nie urąga to ich poziomowi. Swoja drogą co za ironia, że to bity, a nie teksty czy flow Fiodora przetrwały próbę czasu.


Gospodarz mistrzem flow nie jest, jednak płynie od pierwszego do ostatniego numeru i ani razu nie potrzebuje do tego koła ratunkowego. Jestem zaskoczony faktem, że w nawijce nie mogę doszukać się podobieństwa do kogokolwiek.  Te oba fakty to dość poważne pozytywy, bo jednak często początkujący raperzy mają problem bądź to z flow, bądź z kserowaniem starszych kolegów.


Podsumowując – nie jest to płyta do katowania non stop, jednak popełnicie błąd odpalając ją tylko raz. Z pewnością znajdzie się grono słuchaczy, którzy w rapie cenią przede wszystkim „swojskość” – do nich ta EP-ka trafi w 100 procentach. Sam nie wliczam się do tego nurtu, jednak całości słuchałem z nieukrywaną przyjemnością, dlatego myślę, że spokojnie mogę polecić i dodać do listy zaskoczeń 2012.


7/10


Continue reading →
23.11.2012

Zeus - Zeus. Nie żyje. [2012]

33 komentarze

Ta płyta to żywy przykład, że współpraca ze Stepem wyraźnie przekłada się na popularność i co za tym idzie, oczywiście pieniądze. Szkoda, że tak późno, bo Zeus zasługuje na fejm od paru ładnych lat, ale jak głosi znane przysłowie „lepiej późno, niż wcale”. Dzięki opolskiej wytwórni pierwszy singiel z nowego wydawnictwa zebrał ponad 2 razy więcej wyświetleń, niż premierowy utwór z „Albumu Zeusa” przez 3 lata. Różnica jest spora i robi duże wrażenie.

Szkoda, że takiego samego wrażenia nie robi sama płyta. Mam tę (nie)przyjemność należeć do starych fanów Zeusa. Przez lata obserwowałem jego rozwój, dzięki czemu wiem na ile go stać. I jest to moja główna przeszkoda w cieszeniu się tą produkcją. Wbrew internetowym opiniom to NIE JEST najlepsza płyta Zeusa. Co nie zmienia faktu, że na tle polskiej sceny mamy bankowo do czynienia z TOP 3 tego roku.

O dziwo w fali propsów w kierunku tego albumu znalazły się również głosy zdrowego rozsądku, dzięki czemu nie jestem odosobniony w moich obserwacjach. Pomysły na teksty są obiektywnie gorsze, niż na poprzednim albumie, w dodatku jest ich mniej. Zróbmy małe zestawienie.

„Zeus, jak mogłeś?”:
- jestem dobry, ale niedoceniany, jebać dinozaury,
- robię rap po swojemu,
- idę dalej,
- gruby diss na księży,
- seryjny morderca followupujący Kubę Rozpruwacza,
- uwtór o Łodzi,
- antydepresanty,
- samobójstwa,
- personifikacja dorosłości,
- zagłada myślących inaczej,
- morderca – psychopata i tematy damsko-męskie,
- bardzo dobre bragga,
- wcielenie się w rolę asteroidy,
- anime,
- dobry pomysł na skity + zamykający całość „List do wyimaginowanego przyjaciela”.

„Zeus. Nie żyje”:
- bardzo dobre bragga,
- tematy damsko męskie x 3,
- jestem dobry, ale niedoceniany, jebać dinozaury,
- robię rap po swojemu,
- utwór o Łodzi,
- podróże,
- Internet,
- idę dalej.

Powyższa lista pokazuje dosadnie, że z tą płytą jest taki sam problem, jak z „Albumem Zeusa”: jest popłuczynami po poprzednim krążku. Może jest to za mocno powiedziane, jednak gospodarz sam zawiesił poprzeczkę na takim, a nie innym poziomie. Powtórzenie najmniej wymagających tematów plus parę nowych. Jeżeli widząc przygotowany przeze mnie spis tematów ktokolwiek uważa, że łodzianin przebił „Zeus, jak mogłeś?” to proszony jest o naciśnięcie krzyżyka w prawym górnym rogu ekranu.

Z warstwy tekstowej przejdźmy do warsztatu, czyli flow. W tej kwestii również nie stwierdzono niesamowitych nowości. Owszem, bardzo cieszę się, że Zeus przestał jechać całą płytę tak samo, jednak znowu poprzeczka po poprzedniej produkcji została zawieszona zbyt wysoko (przynajmniej na chwilą obecną). Spójrzmy na to również z drugiej strony – ciężko przeskoczyć płytę, na której prezentowało się 5 czy 6 różnych flow, a każde z nich w najlepszym możliwym wykonaniu. Jedyną nowością są kawałki na całych podwójnych czy #tagi, jednak z powodu małych ilości jest to forma ciekawostki (co innego, gdyby cała płyta została napisana i nagrana w ten sposób). Za te dwie umiejętności do Zeusa leci mocny props.

Po wyprodukowanej na jedno kopyto płycie Wygi miałem nadzieję, że łodzianin porzuci współpracę z Dulewiczem i na szczęście moje modlitwy zostały wysłuchane. Ciekawym jest, czy wynikło to z braku satysfakcji, czy było naturalną koleją rzeczy po odejściu z Embryo. Tak czy inaczej Zeus jest jednym z najlepszych bitmejkerów w kraju i nie potrzeba mu pomocy ex discopolowca. Potwierdza to na najnowszej produkcji, gdzie pokazuje całą paletę swoich umiejętności: do dobrych pomysłów na poszczególne sample dorzuca cząsteczki innych gatunków muzycznych. Znajdą się nawet nowoczesne smaczki,jak zabawa tempem w „Strumieniu”. Standardowo już dla płyt łodzianina całość cechuje niesamowita energia, zawarta nawet w tych smutniejszych podkładach. Do tego dodajmy bogatsze niż wcześniej aranże.  Płyta brzmi lepiej (chociaż niewiele), od „Zeus, jak mogłeś”.

Jak widać rozstanie i zmiany wytwórni nie służą Kamilowi tak  bardzo, jak mogłoby się wydawać po wywiadach, czy też po pierwszym singlu. Płyta jest niedużo, ale jednak słabsza od „Zeus, jak mogłeś?”, które do tej pory pozostaje opus magnum łódzkiego rapera. Trzeba mieć nadzieję, że trend: bardzo dobra płyta – gorsza wersja poprzedniej płyty – bardzo dobra i świeża płyta – gorsza wersja poprzedniej płyty będzie kontynuowany i być może jeszcze w 2013 Zeus zaskoczy wszystkich nagrywając murowanego klasyka. W końcu ma ku temu predyspozycje, tylko „zawsze kurwa coś”.

9/10

Continue reading →

Najczęściej zadawane pytania - VOL. 1

11 komentarze


Widzę, że niezbędne jest parę sprostowań w odpowiedzi na najczęściej pojawiające się zarzuty wobec mojej stronniczości / zarzucania innym pewnych czynności, po czym wykonywania takich samych. Więc po kolei:

1) Jeżeli piszę o "zżynaniu", "kserowaniu" i innych synonimach tych dwóch wyrazów, to mam na myśli POLSKIE PODWÓRKO. Nie mogę hejtować podpierdalania trendów zza oceanu, ponieważ na tym to wszystko się opiera. Jeżeli przyłożyłbym to również do tego, że polscy raperzy próbują równać do murzynów, to musiałbym skreślić cały polski rap.

2) Jeżeli w recenzji "jadę" po płycie, a na koniec wystawiam dobrą ocenę, TO ZNACZY, że próbuję uwypuklić wady, które zostały zauważone w zaledwie 5% komentarzy, jakie czytałem. Taka sama sytuacja ma miejsce, jeżeli całą recenzję propsuję płytę, a na koniec wystawiam niską ocenę. To znaczy, że uważam, że płyta DO TEJ PORY nie została doceniona, a zalety są na tyle ciekawe, że należy je dość wyraźnie podkreślić.

3) Radio Pezet 8/10 - po 3 miesiącach od premiery podtrzymuję tę ocenę. Poza tym ILE RAZY MOŻNA POWTARZAĆ, że płyta dostała 7/10, punkt został dodany za flow. Ocena końcowa jest średnio miarodajna, jednak podstawa w postaci 6/10 byłaby jeszcze bardziej krzywdząca. Nie będę bawił się w porcys.com i stawiał oceny z dokładnością do 0,1, bo uważam, że to nie ma żadnego sensu. Podobny problem mam z płytą Bisza, która po dodaniu punktu za teksty otrzymała za wysoką ocenę. Jednak jest to konsekwencją założeń, które poczyniłem na początku, więc nie mogę teraz nagle robić wyjątków. Jeżeli takie sytuacje będą się powtarzały, to pomyślę nad zmianami. Na razie do końca roku jedziemy obecną koncepcją.

4) "Zbyt ogólnikowa recenzja" - tak, czasami piszę ogólnikowe recenzje, ale robię to Z PEŁNĄ PREMEDYTACJĄ - patrzę jaki jest odbiór. Takim cyklem miał być "rzut okiem", czyli jakaś tam forma obudowania jednej tezy ogólnymi określeniami. Czemu tak? Ponieważ jeżeli chciałbym się zagłębić w poszczególne elementy, to wyszedłby moloch wielkości klasycznej już recenzji RADIO PEZET 8/10. Jeżeli feedback będzie kiepski, to z tej formy zrezygnuję.

5) "Oceny są wybierane losowo" - to akurat bzdura i to dość poważna. Do tej pory żadnej płycie nie wystawiłem losowej oceny i możecie mieć pewność, że to się nie zmieni. Może uporządkujmy skalę:
10 - ideał, płyta ponadczasowa, klasyk w dniu premiery. Płyta powinna wnosić coś nowego
9,5 - płyta niemal idealna, ale z paroma wadami, na które nie da się przymknąć oka. Tak jak wyżej, powinna wnosić coś nowego.
9 - maksymalna nota, jaką może dostać idealna płyta na znanych już wszystkim patentach. Doskonały przykład to "Co nie ma sobie równych" Zeusa.
8-8,5 - bardzo dobre płyty, z bardzo małymi wadami.
7-7,5 - całość raczej na plus, ale "żeby plusy nie przysłoniły wam minusów". Wady konieczne do wyeliminowania przy następnej produkcji
6-6,5 - typowa solidność. Ostatni próg słuchalności w całości. Jeżeli ktoś miał dobry pomysł i w 3/4 mu nie wyszedł, to również może tutaj trafić
5-5,5 - cienka linia, oczko wyżej zobowiązuje do reprezentowania pewnego poziomu, oczko niżej to już słabość. Płyty "pół na pół", bądź z niewykorzystanym potencjałem.
4-4,5 - płyty generalnie słabe, ale z paroma dobrymi momentami, które rokują na lepszą przyszłość.
3-3,5 - kiepskie produkcje z pojedynczymi przebłyskami w obojętnie jakiej formie. Raczej nieprzyszłościowe.
2-2,5 - najczęściej chujowizna na w miarę dobrych bitach, składanki z 1-2-3 dobrymi utworami, jeden przebłysk.
0,5-1,5 - najgorsze z możliwych, brak możliwości przesłuchania do końca (mimo szczerych chęci), słuchanie grozi chorobą i zniechęceniem do rapu.

Oczywiście te oceny są umowne, nie twierdzę, że ZAWSZE idealnie udaje mi się wpasować w te założenia. Czasem jest problem gdzie tak naprawdę umieścić płytę, czasem to pierdolone podwyższanie o 0,5 lub 1 pkt psuje całość.

Jak macie jeszcze jakieś pytania to dzisiaj dzień odpowiadania na nie w wyczerpującej formie.
Continue reading →

Okoliczny Element - Kosze Zerwane [2012]

11 komentarze


5 lat temu byłaby to najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta roku. 3 lata temu czekałbym, jednak z pewnymi obawami. Od 1,5 roku moja zajawka na Okoliczny zmalała niemal do zera. Paradoksalnie przy większym zaangażowaniu i profesjonalizmie chłopaków.

Moi czytelnicy powinni wiedzieć, ale dla jasności: co to dokładnie za skład? Oczywiście jest to beta wersja Dinala, który zresztą Mej współtworzył. Po tym jak Wankz zrezygnował z rapowania, jego kolega  z zespołu poczuł, że powinien kontynuować misję i po dokooptowaniu Nin'Jaha stworzył duet OE.

Jako, że Dinal był jedyny w swoim rodzaju, to apetyty fanów tego składu zostały rozbudzone i nie ma w tym nic dziwnego. „Pierwsza rozgrzewkowa EP” rokowała całkiem nieźle. Szkoda, że później było tylko gorzej. „Schody donikąd” to bardzo nierówna płyta, aczkolwiek z paroma przebłyskami. „Kosze zerwane” są już zwyczajnie słabe.


Jednak ta mizerność materiału nie wzięła się znikąd. Jak ktoś dobrze napisał: „jeśli pierwsza rozgrzewkowa to była impreza, to kosze zerwane są kacem”. Jednym słowem chłopaki postanowili troszkę spoważnieć, co delikatnie mówiąc nie było najlepszym wyborem.

Niestety, ale nowy album jest gorszy od swojej poprzedniczki zarówno pod względem tekstów, jak i jakości ich rapowania. Już na tamtej płycie miejscami czuć było niedoróbki, tutaj wśród zwrotek Nin'Jaha znajdziemy ich mnóstwo. Mejdej się trzyma, ale mimo wszystko też jest to zniżka.

Followupowanie samego siebie po raz enty serio nie jest fajne. Jak pisałem wyżej – tematyka zrobiła się poważniejsza, chociaż dalej motywem przewodnim jest (względny) luz. Coś tam o miłości, wygrywaniu życia, chujowej Polsce, jaraniu i piciu ujęte w najprostszy z możliwych sposobów. Żeby było jasne, nie czepiam się tego, ponieważ jest to składowa stylu OE. Chodzi mi o znacznie niższy poziom tekstów niż przy zeszłorocznym albumie.

Bitowo wydaje się być lepiej, w końcu swoje trzy grosze dorzucił tutaj również Urbek. Poza nim za pozostałą część produkcji odpowiada Mejdej, ukrywający się pod różnymi ksywkami. Nie ma się czego przyczepić, ale powodów do pochwał również nie ma za wiele – jak wspominałem już parę razy, bity oparte na samplach na bardzo wysokim poziomie to w Polsce już norma, a nie wyjątek. Te użyte przy warstwie dźwiękowej „Koszy” zostały obrobione bardzo fajnie, bez zbędnych odlotów, ale też bez przebłysków na poziomie „Balsam party” czy „Coś dobrego, coś złego”.

Dla fanów ta płyta będzie rozczarowaniem, dla uważnych obserwatorów sceny raczej kolejną przystanią na równi pochyłej, na którą to OE wskoczył już po pierwszej płycie. Szkoda, bo potencjał był – może nie na podbijanie list OLiS, ale na oddane grono słuchaczy. Tak pod kątem rapowym spisuję opolski skład na straty, zaś bity niech dadzą lepszym od siebie.

5/10



Continue reading →

Kategorie