29.11.2012

Szyna/TDF - Spacer EP [2012]

17 komentarze

Nie ukrywam, że mój stosunek do tych wszystkich „młodych wilków” wyraża się raczej w odrazie pomieszanej z pogardą. Ten obraz jeszcze mocniej psują mi wpuszczane co i raz kolejne kawałki asów pokroju Sulina czy B.R.O. Szyna już na płycie Zioła pokazał, że niekoniecznie musi wpisywać się w ten trend, na albumie z TDF-em to potwierdził, a ja odetchnąłem z ulgą, że nie jest tak źle jak myślałem.

Przypomnijmy, że reprezentant Sosnowca w świadomości szerszej publiczności pojawił się mniej więcej równolegle z wymienionymi wyżej oraz jeszcze paroma młodymi raperami. Mimo tego, że aparycja nie zachęcała, to postanowiłem posłuchać co ma do zaoferowania. Delikatnie mówiąc nie było to dla mnie satysfakcjonujące. W mojej głowie pozostał obraz kolejnego domorosłego alkoholika, który nie wiadomo po co musi o tym rapować.


Tę płytę sprawdziłem trochę z rozpędu i trochę zachęcony długością materiału – EP-ka to max 30 minut, tyle mogę mu ewentualnie poświęcić. Całość trwa 33 minuty, więc uważam, że nazywanie tego epką to wprowadzanie ludzi w błąd, ale nie czepiajmy się szczegółów. Z 30 przymusowych zrobiło się 120 bardzo przyjemnych minut, w co sam nie mogę uwierzyć.


Po tym opisie pewnie myślicie, że mamy do czynienia z diamentem, więc chciałbym od razu ostudzić nastroje – ta płyta pokazuje, że Szyna ma potencjał, jednak tutaj jeszcze nie pokazuje go w pełni. Prawdopodobnie wynika to z brakuj doświadczenia.


Jak pisałem wyżej – wcześniej Szyna niczym się nie wyróżniał, raczej nazwałbym go solidnym rzemieślnikiem. Kiedy przyszło do nagrania płyty okazuje się, że bez zbędnego napinania się potrafi stworzyć spójny i naprawdę dobry materiał, którego słucha się z przyjemnością. Niby w tekstach dominuje standardowa tematyka – było ciężko, ale wychodzę na prostą, nagrywam z Tede, żyję po swojemu, pierdolę wyścig, pieniądze nie są najważniejsze – jednak sposób, w jaki podaje to gospodarz ma „to coś”.


Być może siła tego albumu byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie bity od TDF-a, jednak nie ma co gdybać. Pozornie podkłady autorstwa wieprza są typowym rzemieślnictwem, ale nie da się ich pomylić z innymi. Najkrócej mówiąc są to zapewne bity, które nie weszły na klasycznie brzmiące „Odkupienie”, jednak ani trochę nie urąga to ich poziomowi. Swoja drogą co za ironia, że to bity, a nie teksty czy flow Fiodora przetrwały próbę czasu.


Gospodarz mistrzem flow nie jest, jednak płynie od pierwszego do ostatniego numeru i ani razu nie potrzebuje do tego koła ratunkowego. Jestem zaskoczony faktem, że w nawijce nie mogę doszukać się podobieństwa do kogokolwiek.  Te oba fakty to dość poważne pozytywy, bo jednak często początkujący raperzy mają problem bądź to z flow, bądź z kserowaniem starszych kolegów.


Podsumowując – nie jest to płyta do katowania non stop, jednak popełnicie błąd odpalając ją tylko raz. Z pewnością znajdzie się grono słuchaczy, którzy w rapie cenią przede wszystkim „swojskość” – do nich ta EP-ka trafi w 100 procentach. Sam nie wliczam się do tego nurtu, jednak całości słuchałem z nieukrywaną przyjemnością, dlatego myślę, że spokojnie mogę polecić i dodać do listy zaskoczeń 2012.


7/10


Continue reading →
23.11.2012

Zeus - Zeus. Nie żyje. [2012]

33 komentarze

Ta płyta to żywy przykład, że współpraca ze Stepem wyraźnie przekłada się na popularność i co za tym idzie, oczywiście pieniądze. Szkoda, że tak późno, bo Zeus zasługuje na fejm od paru ładnych lat, ale jak głosi znane przysłowie „lepiej późno, niż wcale”. Dzięki opolskiej wytwórni pierwszy singiel z nowego wydawnictwa zebrał ponad 2 razy więcej wyświetleń, niż premierowy utwór z „Albumu Zeusa” przez 3 lata. Różnica jest spora i robi duże wrażenie.

Szkoda, że takiego samego wrażenia nie robi sama płyta. Mam tę (nie)przyjemność należeć do starych fanów Zeusa. Przez lata obserwowałem jego rozwój, dzięki czemu wiem na ile go stać. I jest to moja główna przeszkoda w cieszeniu się tą produkcją. Wbrew internetowym opiniom to NIE JEST najlepsza płyta Zeusa. Co nie zmienia faktu, że na tle polskiej sceny mamy bankowo do czynienia z TOP 3 tego roku.

O dziwo w fali propsów w kierunku tego albumu znalazły się również głosy zdrowego rozsądku, dzięki czemu nie jestem odosobniony w moich obserwacjach. Pomysły na teksty są obiektywnie gorsze, niż na poprzednim albumie, w dodatku jest ich mniej. Zróbmy małe zestawienie.

„Zeus, jak mogłeś?”:
- jestem dobry, ale niedoceniany, jebać dinozaury,
- robię rap po swojemu,
- idę dalej,
- gruby diss na księży,
- seryjny morderca followupujący Kubę Rozpruwacza,
- uwtór o Łodzi,
- antydepresanty,
- samobójstwa,
- personifikacja dorosłości,
- zagłada myślących inaczej,
- morderca – psychopata i tematy damsko-męskie,
- bardzo dobre bragga,
- wcielenie się w rolę asteroidy,
- anime,
- dobry pomysł na skity + zamykający całość „List do wyimaginowanego przyjaciela”.

„Zeus. Nie żyje”:
- bardzo dobre bragga,
- tematy damsko męskie x 3,
- jestem dobry, ale niedoceniany, jebać dinozaury,
- robię rap po swojemu,
- utwór o Łodzi,
- podróże,
- Internet,
- idę dalej.

Powyższa lista pokazuje dosadnie, że z tą płytą jest taki sam problem, jak z „Albumem Zeusa”: jest popłuczynami po poprzednim krążku. Może jest to za mocno powiedziane, jednak gospodarz sam zawiesił poprzeczkę na takim, a nie innym poziomie. Powtórzenie najmniej wymagających tematów plus parę nowych. Jeżeli widząc przygotowany przeze mnie spis tematów ktokolwiek uważa, że łodzianin przebił „Zeus, jak mogłeś?” to proszony jest o naciśnięcie krzyżyka w prawym górnym rogu ekranu.

Z warstwy tekstowej przejdźmy do warsztatu, czyli flow. W tej kwestii również nie stwierdzono niesamowitych nowości. Owszem, bardzo cieszę się, że Zeus przestał jechać całą płytę tak samo, jednak znowu poprzeczka po poprzedniej produkcji została zawieszona zbyt wysoko (przynajmniej na chwilą obecną). Spójrzmy na to również z drugiej strony – ciężko przeskoczyć płytę, na której prezentowało się 5 czy 6 różnych flow, a każde z nich w najlepszym możliwym wykonaniu. Jedyną nowością są kawałki na całych podwójnych czy #tagi, jednak z powodu małych ilości jest to forma ciekawostki (co innego, gdyby cała płyta została napisana i nagrana w ten sposób). Za te dwie umiejętności do Zeusa leci mocny props.

Po wyprodukowanej na jedno kopyto płycie Wygi miałem nadzieję, że łodzianin porzuci współpracę z Dulewiczem i na szczęście moje modlitwy zostały wysłuchane. Ciekawym jest, czy wynikło to z braku satysfakcji, czy było naturalną koleją rzeczy po odejściu z Embryo. Tak czy inaczej Zeus jest jednym z najlepszych bitmejkerów w kraju i nie potrzeba mu pomocy ex discopolowca. Potwierdza to na najnowszej produkcji, gdzie pokazuje całą paletę swoich umiejętności: do dobrych pomysłów na poszczególne sample dorzuca cząsteczki innych gatunków muzycznych. Znajdą się nawet nowoczesne smaczki,jak zabawa tempem w „Strumieniu”. Standardowo już dla płyt łodzianina całość cechuje niesamowita energia, zawarta nawet w tych smutniejszych podkładach. Do tego dodajmy bogatsze niż wcześniej aranże.  Płyta brzmi lepiej (chociaż niewiele), od „Zeus, jak mogłeś”.

Jak widać rozstanie i zmiany wytwórni nie służą Kamilowi tak  bardzo, jak mogłoby się wydawać po wywiadach, czy też po pierwszym singlu. Płyta jest niedużo, ale jednak słabsza od „Zeus, jak mogłeś?”, które do tej pory pozostaje opus magnum łódzkiego rapera. Trzeba mieć nadzieję, że trend: bardzo dobra płyta – gorsza wersja poprzedniej płyty – bardzo dobra i świeża płyta – gorsza wersja poprzedniej płyty będzie kontynuowany i być może jeszcze w 2013 Zeus zaskoczy wszystkich nagrywając murowanego klasyka. W końcu ma ku temu predyspozycje, tylko „zawsze kurwa coś”.

9/10

Continue reading →

Najczęściej zadawane pytania - VOL. 1

11 komentarze


Widzę, że niezbędne jest parę sprostowań w odpowiedzi na najczęściej pojawiające się zarzuty wobec mojej stronniczości / zarzucania innym pewnych czynności, po czym wykonywania takich samych. Więc po kolei:

1) Jeżeli piszę o "zżynaniu", "kserowaniu" i innych synonimach tych dwóch wyrazów, to mam na myśli POLSKIE PODWÓRKO. Nie mogę hejtować podpierdalania trendów zza oceanu, ponieważ na tym to wszystko się opiera. Jeżeli przyłożyłbym to również do tego, że polscy raperzy próbują równać do murzynów, to musiałbym skreślić cały polski rap.

2) Jeżeli w recenzji "jadę" po płycie, a na koniec wystawiam dobrą ocenę, TO ZNACZY, że próbuję uwypuklić wady, które zostały zauważone w zaledwie 5% komentarzy, jakie czytałem. Taka sama sytuacja ma miejsce, jeżeli całą recenzję propsuję płytę, a na koniec wystawiam niską ocenę. To znaczy, że uważam, że płyta DO TEJ PORY nie została doceniona, a zalety są na tyle ciekawe, że należy je dość wyraźnie podkreślić.

3) Radio Pezet 8/10 - po 3 miesiącach od premiery podtrzymuję tę ocenę. Poza tym ILE RAZY MOŻNA POWTARZAĆ, że płyta dostała 7/10, punkt został dodany za flow. Ocena końcowa jest średnio miarodajna, jednak podstawa w postaci 6/10 byłaby jeszcze bardziej krzywdząca. Nie będę bawił się w porcys.com i stawiał oceny z dokładnością do 0,1, bo uważam, że to nie ma żadnego sensu. Podobny problem mam z płytą Bisza, która po dodaniu punktu za teksty otrzymała za wysoką ocenę. Jednak jest to konsekwencją założeń, które poczyniłem na początku, więc nie mogę teraz nagle robić wyjątków. Jeżeli takie sytuacje będą się powtarzały, to pomyślę nad zmianami. Na razie do końca roku jedziemy obecną koncepcją.

4) "Zbyt ogólnikowa recenzja" - tak, czasami piszę ogólnikowe recenzje, ale robię to Z PEŁNĄ PREMEDYTACJĄ - patrzę jaki jest odbiór. Takim cyklem miał być "rzut okiem", czyli jakaś tam forma obudowania jednej tezy ogólnymi określeniami. Czemu tak? Ponieważ jeżeli chciałbym się zagłębić w poszczególne elementy, to wyszedłby moloch wielkości klasycznej już recenzji RADIO PEZET 8/10. Jeżeli feedback będzie kiepski, to z tej formy zrezygnuję.

5) "Oceny są wybierane losowo" - to akurat bzdura i to dość poważna. Do tej pory żadnej płycie nie wystawiłem losowej oceny i możecie mieć pewność, że to się nie zmieni. Może uporządkujmy skalę:
10 - ideał, płyta ponadczasowa, klasyk w dniu premiery. Płyta powinna wnosić coś nowego
9,5 - płyta niemal idealna, ale z paroma wadami, na które nie da się przymknąć oka. Tak jak wyżej, powinna wnosić coś nowego.
9 - maksymalna nota, jaką może dostać idealna płyta na znanych już wszystkim patentach. Doskonały przykład to "Co nie ma sobie równych" Zeusa.
8-8,5 - bardzo dobre płyty, z bardzo małymi wadami.
7-7,5 - całość raczej na plus, ale "żeby plusy nie przysłoniły wam minusów". Wady konieczne do wyeliminowania przy następnej produkcji
6-6,5 - typowa solidność. Ostatni próg słuchalności w całości. Jeżeli ktoś miał dobry pomysł i w 3/4 mu nie wyszedł, to również może tutaj trafić
5-5,5 - cienka linia, oczko wyżej zobowiązuje do reprezentowania pewnego poziomu, oczko niżej to już słabość. Płyty "pół na pół", bądź z niewykorzystanym potencjałem.
4-4,5 - płyty generalnie słabe, ale z paroma dobrymi momentami, które rokują na lepszą przyszłość.
3-3,5 - kiepskie produkcje z pojedynczymi przebłyskami w obojętnie jakiej formie. Raczej nieprzyszłościowe.
2-2,5 - najczęściej chujowizna na w miarę dobrych bitach, składanki z 1-2-3 dobrymi utworami, jeden przebłysk.
0,5-1,5 - najgorsze z możliwych, brak możliwości przesłuchania do końca (mimo szczerych chęci), słuchanie grozi chorobą i zniechęceniem do rapu.

Oczywiście te oceny są umowne, nie twierdzę, że ZAWSZE idealnie udaje mi się wpasować w te założenia. Czasem jest problem gdzie tak naprawdę umieścić płytę, czasem to pierdolone podwyższanie o 0,5 lub 1 pkt psuje całość.

Jak macie jeszcze jakieś pytania to dzisiaj dzień odpowiadania na nie w wyczerpującej formie.
Continue reading →

Okoliczny Element - Kosze Zerwane [2012]

11 komentarze


5 lat temu byłaby to najbardziej oczekiwana przeze mnie płyta roku. 3 lata temu czekałbym, jednak z pewnymi obawami. Od 1,5 roku moja zajawka na Okoliczny zmalała niemal do zera. Paradoksalnie przy większym zaangażowaniu i profesjonalizmie chłopaków.

Moi czytelnicy powinni wiedzieć, ale dla jasności: co to dokładnie za skład? Oczywiście jest to beta wersja Dinala, który zresztą Mej współtworzył. Po tym jak Wankz zrezygnował z rapowania, jego kolega  z zespołu poczuł, że powinien kontynuować misję i po dokooptowaniu Nin'Jaha stworzył duet OE.

Jako, że Dinal był jedyny w swoim rodzaju, to apetyty fanów tego składu zostały rozbudzone i nie ma w tym nic dziwnego. „Pierwsza rozgrzewkowa EP” rokowała całkiem nieźle. Szkoda, że później było tylko gorzej. „Schody donikąd” to bardzo nierówna płyta, aczkolwiek z paroma przebłyskami. „Kosze zerwane” są już zwyczajnie słabe.


Jednak ta mizerność materiału nie wzięła się znikąd. Jak ktoś dobrze napisał: „jeśli pierwsza rozgrzewkowa to była impreza, to kosze zerwane są kacem”. Jednym słowem chłopaki postanowili troszkę spoważnieć, co delikatnie mówiąc nie było najlepszym wyborem.

Niestety, ale nowy album jest gorszy od swojej poprzedniczki zarówno pod względem tekstów, jak i jakości ich rapowania. Już na tamtej płycie miejscami czuć było niedoróbki, tutaj wśród zwrotek Nin'Jaha znajdziemy ich mnóstwo. Mejdej się trzyma, ale mimo wszystko też jest to zniżka.

Followupowanie samego siebie po raz enty serio nie jest fajne. Jak pisałem wyżej – tematyka zrobiła się poważniejsza, chociaż dalej motywem przewodnim jest (względny) luz. Coś tam o miłości, wygrywaniu życia, chujowej Polsce, jaraniu i piciu ujęte w najprostszy z możliwych sposobów. Żeby było jasne, nie czepiam się tego, ponieważ jest to składowa stylu OE. Chodzi mi o znacznie niższy poziom tekstów niż przy zeszłorocznym albumie.

Bitowo wydaje się być lepiej, w końcu swoje trzy grosze dorzucił tutaj również Urbek. Poza nim za pozostałą część produkcji odpowiada Mejdej, ukrywający się pod różnymi ksywkami. Nie ma się czego przyczepić, ale powodów do pochwał również nie ma za wiele – jak wspominałem już parę razy, bity oparte na samplach na bardzo wysokim poziomie to w Polsce już norma, a nie wyjątek. Te użyte przy warstwie dźwiękowej „Koszy” zostały obrobione bardzo fajnie, bez zbędnych odlotów, ale też bez przebłysków na poziomie „Balsam party” czy „Coś dobrego, coś złego”.

Dla fanów ta płyta będzie rozczarowaniem, dla uważnych obserwatorów sceny raczej kolejną przystanią na równi pochyłej, na którą to OE wskoczył już po pierwszej płycie. Szkoda, bo potencjał był – może nie na podbijanie list OLiS, ale na oddane grono słuchaczy. Tak pod kątem rapowym spisuję opolski skład na straty, zaś bity niech dadzą lepszym od siebie.

5/10



Continue reading →
22.11.2012

Popkiller Młode Wilki 2012

19 komentarze

Po dłuższej przerwie przyszedł właściwy czas na wznowienie mojej ulubionej serii, czyli „Śniadania z Popkillerem”. Tematem jest oczywiście akcja Młode Wilki 2012. Wprawdzie już wcześniej komentowałem poszczególne wybory na moim fanpage, jednak groteskowość całego przedsięwzięcia zasługuje na dłuższy tekst.

Początkowo miałem podjąć temat od razu po ogłoszeniu ostatniego z Wilków, jednak zaraz potem poszła informacja, że szanowni redaktorzy planują uzasadnić swoje kuriozalne wybory. Wprawdzie z lekkim poślizgiem, ale post traktujący o tym został opublikowany, więc czas na komentarz.

Ale może po kolei, najpierw dwa słowa o każdym z „laureatów” tegorocznej edycji.  Jako pierwszy został zaprezentowany Haju i tutaj z wyborem mogę się w pełni zgodzić. Między prawdą a bogiem powinien on pojawić się już rok temu, zamiast chujowego Rekorda. Generalnie reprezentant Pepe Squadu ma wszelkie predyspozycje do zadomowienia się na scenie na dłużej. Oczywiście poza fejmem (który mam nadzieję zgarnie po tej akcji).

LJ Karwel – przyznaję się bez bicia, że pierwszy raz usłyszałem o tym facecie właśnie przy okazji prezentacji jego sylwetki. Nie ma co ukrywać, typ nie jest niczym nadzwyczajnym, poprawny do bólu i tyle. Z ciekawości pogrzebałem w necie i jestem bogatszy o wiedzę, że dość poważnie kuma się z Zetenwupe oraz prawdziwym diamentem – Kubą Knapem. I tutaj mam pytanie: gdzie do chuja mają uszy twórcy akcji? Przecież Karwel jest najsłabszy z tej ekipy! Najsłabszy i chuj mnie obchodzi, że „wybór jest subiektywny”. Jak wiadomo są gusta i bezguścia, osoba odpowiedzialna za dodanie do 16 LJ-ta bez wątpienia należy do tej drugiej grupy.

Ńemy – beka a nie wybór. Bezczelne kserowanie stylu L.U.C.-a (przy całej mojej pogardzie dla tego śmiecia), zarówno od strony wokalnej jak i fizycznej. „Czy to jeszcze nielot, czy już odlot?”

Szuwar – zgodzę się, jest fajnie i stylowo. Jeden minus - zwrotki na raz i bez podbitek to może sobie nagrywać Sokół, a nie reprezentant Kozienic, nie ten głos. Mam nadzieję, że trochę się podciągnie, bo potencjał jest.

Beeres – jestem psychofanem tego typa i nie mam zamiaru się z tym kryć. Świetny mixtejp w ubiegłym roku, świetne flow, dobre teksty, próbuje podśpiewywać i nawet mu to wychodzi. 21 lat a już jest raperem kompletnym, materiał na zastępcę Mesa/Pezeta w rapgrze, nie ma szans żeby to spierdolił. Najlepszy z całej szesnastki.

Bogu Bogdan – kolejne ksero, tym razem Bonsona. Rozumiem, że osoby nierozeznane mogą propsować takie opcje, ale szanowni redaktorzy do tego grona NIE NALEŻĄ. Dlatego też wstyd i hańba po stokroć za perfidne promowanie zerżniętego stylu. Potencjał jak na razie marnowany jest w punkcie xero.

Dejan – po mixtejpie trochę się rozpłynął, bardziej lokalna ciekawostka niż ktoś, kto serio może zmienić grę. Na pewno nie jest to żaden „najlepszy z nieznanych”.

Biak – nie wiem dlaczego, ale niektórzy myślą, że brak umiejętności rapowania to też „styl”. Nie wydaje mi się, do tego typ do bólu przeciętny. Na każdym osiedlu znajdę 10 takich, w dodatku z lepszą aparycją.

Rudi – jeden z moich faworytów, bez beki. Bardzo mocny głos, dobre flow, wiadomo, że nad przyśpieszeniami musi jeszcze popracować, ale potencjał jest naprawdę spory. Do tego podśpiewuje, taki Tech N9ne x Nate Dogg, zajebiste połączenie przecież. TAK WIEM, JEST RUDY.

Gospel – najbardziej żenujący z wyborów. Studencki humor = od razu widać jaką grupę społeczną reprezentują popkillerowcy. Do tego chujowy głos i udawanie pojeba na siłę, ani to śmieszne ani tym bardziej fajne. Do wyjebania w pierwszej kolejności, powinien mieć zakaz nagrywania.

Kękę – wbrew temu, co pisał jakiś czas temu Oxon, reprezentant Radomia ma rymy, tylko, że niedokładnie. A to świadczy raczej o kunszcie, niż jego braku. Dobre, życiowe teksty i pasujący do nich głos. Zasługuje na rozgłos.

Buka – typ jadący na fejmie PFK, Magik wannabe, nieśmieszne „żarty”, chujowy głos. Do wyjebania zaraz po Gospelu.

Jopel – typowy, nie wyróżniający się NICZYM przeciętniak. Nie irytuje ale też nie zachwyca, żaden z niego „Młody wilk”.

Żyt Toster
– O nim pisałem w recenzji wydanej niedawno płyty. Chujowa ksywka, przeciętny, twierdzi, że stawia na flow samemu mając chujowe, gratuluję.

Jasiek MBH – dla mnie jest to jeden z lepszych wyborów, murowany zastępca HG w niedalekiej przyszłości. Tylko coś mi się tu kurwa nie zgadza, skoro nie chciał brać udziału w INTEGRALNEJ części akcji, to powinien zostać wyjebany i tyle, strasznie słabo to wyszło, jakby to raperzy dyktowali warunki, a nie odwrotnie.

DJ Flip – czy ten dzieciak serio czymkolwiek się wyróżnia (poza tym, że jest synem znanego ojca)? Gdyby nie więzi rodzinne z Dulewiczem, to świat nigdy by o nim nie usłyszał. Strzelam w ciemno, że w samej Polsce takich „wymiataczy” można znaleźć przynajmniej kilkudziesięciu. Obawiam się również, że przy odpowiedniej ilości czasu scratchów i cutów można nauczyć nawet małpę. Robi to, co każdy DJ POWINIEN umieć i za to wyróżnienie? Jeżeli tak, to w kolejnej edycji z 16 zrobi się setka młodych wilków.

Jak widać większość wyborów to strzał kulą w płot. Albo przeciętniaki, albo słabiaki, jedna perełka i 4 gości z potencjałem. To mają być „młode wilki”? Hejtowałem pierwszą edycję, ale ta to już jest naprawdę pukanie w dno od spodu. Stawiam tezę, że przypadkowa osoba spotkana na rapowym koncercie wytypowałaby lepszą 16stkę, niż – rzekomo - „siedzący” w rapie redaktorzy Popkillera.
Podobne głosy dało się usłyszeć w Internecie, wprawdzie pod zarzutem o „brak podobieństwa między poszczególnymi „wilkami”” nie podpisuję się, ale strasznie rozśmieszyła mnie odpowiedź Emateia:

„ […]jednym z naczelnych założeń było wybranie składu jeszcze bardziej różnorodnego, jeszcze mocniej ukazującego przekrojowość i wielowymiarowość polskiej sceny.”

No to faktycznie wam się kurwa udało. Pokazaliście przekrojowość i wielowymiarowość kser w polskim podziemiu, które nie znalazły nawet zalążków własnego stylu, nie mówiąc o czymś więcej (Buka, Ńemy, Bogu). Ponadto pokazaliście wiele odcieni przeciętniactwa (Jopel, Żyt, Biak, Dejan, LJ Karwel). Poza tym „małymi” wpadkami przedstawiliście czterech  autentycznie stylowych raperów (Beeres, Szuwar, Jasiek MBH, Kękę), jednego z potencjałem (Rudi) i jedną karykaturę dobrego stylu (Gospel). Na dokładkę próbujecie wmówić wszystkim, że nie wyróżniający się niczym DJ w wieku gimnazjalnym to unikat w skali kraju. Nie wierzę, że jesteście dumni z tych wyborów.

Dalsze „tłumaczenie” swoich decyzji również dostarcza dość pokaźnej dawki beki:

„Dlatego też, czytając komentarze "słaby skład, tylko x i y dobrzy", gdzie ksywki podstawiane w miejsce x i y zmieniały się gęsto i często i zawierały wszystkie z 16 osób, wiedzieliśmy, że jest tak, jak miało być. Przy takiej przekrojowości i totalnie innym podejściu do rapu ze strony poszczególnych osób wiedzieliśmy bowiem, że mało komu przypadnie do gustu cały skład. Nam zależało na tym, by praktycznie każdy z finałowej 16-tki był inny od drugiego, prezentował inne podejście do rapu, inny klimat i inne rzeczy uznawał za swoje największe zalety.”

Jak widać w powyższym cytacie, redaktorzy Popkillera nie umieją nawet spełnić założeń, które sami określili. Sam nie wiem, co jest gorsze: świadomie kiepskie wybory, czy święte przekonanie, że mają rację? Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że każdy miał się od siebie „różnić i stawiać na coś innego”, ale jak można w ten sposób uzasadniać wybór osób, które EWIDENTNIE kserują bardziej znanych zawodników? Jak chcieli pokazać również przeciętniactwo to serio jeden Jopel by wystarczył, nie trzeba było do tego od razu dodawać 4 kolejnych ksywek, które różnią się od siebie tylko głosami.

Kolejnym bzdurnym ograniczeniem jest to geograficzne, czyli jeden raper z jednego miasta. Można obalić to jednym argumentem – jeżeli Mes i Pezet wchodziliby do gry właśnie teraz i byliby równie nieznani, to jeden z nich musiałby odstać rok dłużej w kolejce po fejm i laury od szanownych redaktorów, zaś na jego miejsce mógłby wbić się ktoś znacznie słabszy. Przez jedno bzdurne ograniczenie. Rozumiem, że wybór wszystkich z tego samego miasta byłby przegięciem w drugą stronę, ale ograniczanie się do 1 jest równie absurdalne.

Bardzo ciekawy jest również fragment podkreślający „ich zdanie” przy wyborze:

"Mają być selekcją najciekawszych naszym zdaniem nowych twarzy sceny, ukazującą jej całą przekrojowość i wszelakie odnogi, zawierającą osoby, które w ciągu ostatniego roku w jakiś sposób "weszły z buta", zaznaczając mocniej swoją obecność, jak i te, które naszym zdaniem mają potencjał, by w najbliższym roku wypalić na dobre."

Powtórzę się, ale to ważne: jeżeli szanowni redaktorzy faktycznie uważają, że ksero KOGOKOLWIEK jest W JAKIKOLWIEK sposób ciekawe, to proponuję odciąć kable od klawiatur, odłączyć Internet, a najlepiej obciąć sobie palce, bo jeżeli ludzie, których bez wahania można zaliczyć do „opiniotwórczych” lansują pogląd, że nijakość albo podpierdalanie czyichś patentów jest spoko, to jest to farsa na poziomie GazWybu. I to właśnie tam powinni publikować swoje wypociny, a nie na łamach obecnie (niestety) najpopularniejszego rap portalu w polskim Internecie.

Zamiast zbędnego zakończenia, w którym i tak powtarzałbym opinie, które zawarłem w tym przydługim tekście pozwolę sobie na małą dygresję odnośnie najdurniejszego argumentu na świecie, czyli „to moje SUBIEKTYWNE zdanie i nie musisz się z nim zgadzać”, czyli parafraza sentencji „De gustibus et coloribus non est disputandum”.

Weźmy więc jako przykład piękny obraz przedstawiający polską wiktorię: „Bitwa pod Grunwaldem”  autorstwa Jana Matejki:

(kliknij aby powiększyć)
Oraz to samo wydarzenie mojego autorstwa, wykonane przy pomocy specjalistycznych programów do obróbki JPG obrazów:

(kliknij aby powiększyć)
I jak ktoś mi teraz kurwa powie, że moja wersja jest lepsza od pierwowzoru to kończę swoją karierę publicystyczną.
Continue reading →
21.11.2012

Onar - Przemytnik Emocji [2012]

11 komentarze

Jeżeli kolejne płyty, które czekają w mojej kolejce do odsłuchu będą trzymały taki poziom i tak zaskakiwały, jak te recenzowane przeze mnie wczoraj i dziś, to 2012 ma szansę być mocniejszy nawet od 2009. Nie będę udawał, że wierzyłem w Onara, bo tak nie było – kolejna płyta rok po poprzedniej wydawała mi się przegięciem i typowym skokiem na kasę. Okazuje się, że „Dorosłem do rapu” było zaledwie rozgrzewką przed najlepszą z solowych płyt warszawiaka.

Wieczne niedocenianie Onara od zawsze było dla mnie nie lada zagadką. Zwłaszcza po „Historiach z sąsiedztwa”, na których bez kompleksów dorównywał Pezetowi. Po tej płycie wydane zostało całkiem niezłe „Pod prąd”, również średnio przyjęte przez słuchaczy. O „Jeden na milion” lepiej zapomnieć, zaś „Dorosłem do rapu” było co najwyżej solidną płytą. Patrząc na te wszystkie albumy wydawało się, że Onar w poszukiwaniu własnego stylu (truskul-ulica-bans) przegapił swoją szczytową formę i raczej będzie zajmował się już tylko odcinaniem kuponów.

Po włączeniu „play” wszelkie powyższe wątpliwości zostają rozwiane. Niby nie ma nic nowego, a jednak zaskakuje tutaj wszystko: poziom bitów, poziom tekstów, może trochę mniej poziom flow – jednak to zmienia się po przesłuchaniu hidden tracku, w którym Onar pokazuje, że potrafi latać po bitach i – podobnie do DGE – obraca się w klasycznej konwencji dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi. Takie postawy będę promował zawsze.

Jako, że od premiery minął już kawałek czasu, to mogę odnieść się do najdziwniejszego zarzutu, jaki udało mi się wyśledzić w Internecie odnośnie tej płyty – że emocje zawarte są tylko w tytule, nie w poszczególnych trackach. Nie twierdzę, że jest to „Widzę szaleństwo” w kilkunastu wersjach, ale przecież emocji jest naprawdę sporo, chociaż zazwyczaj tych negatywnych. Całość nie należy raczej do wesołych albumów, a zamykający tracklistę „Piękny dzień” (bez hidden tracku!) może wpędzić  w jesienną depresję (lub opcjonalnie ją pogłębić). Wyjątkiem od tej reguły jest oczywiście wspominany bonus track oraz motywujące „Od dna”. Warty osobnego zdania jest utwór "Halo ziemia!?!?", będący dissem na własną wytwórnię. Ciekawe jakim cudem to przeszło?

Wcześniej ceniłem Onara za bratanie się z bardziej bengerowymi bitami, jednak po tej płycie widzę, że to klasyka wyraźnie mu służy. Brzmienie jest podobne do poprzedniej solówki, jednak moim zdaniem stoi na wyższym poziomie. Tam mieliśmy mieszankę 8 producentów, tutaj za całość odpowiadają cztery ksywki: Złote Twarze, Eljot, NNFOF oraz Pokerbeats. Początkowo byłem zasmucony brakiem duetu Tasty Beats, jednak wyżej wymienieni wyprodukowali podkłady spokojnie dorównujące poziomowi tych od swoich bardziej rozpoznawalnych kolegów: klasyczne, bardzo klimatyczne, idealnie dopełniają atmosferę wytworzoną przez Onara i współtworzące z nim jedną całość (mimo, że nie są to bity wyłącznie jednego producenta!).

Całość stoi na zaskakująco wysokim poziomie, co trzeba pochwalić. Onar – kolejny spisany na straty, przygarnięty przez Step – wydawałoby się – na odpierdol pokazał, że jak chce, to może. Nie wnikam, czy ta zmiana wynika z bardzo dobrego odbioru poprzedniego albumu, czy po prostu forma „sama przyszła”, jednak fakty są takie, że mamy kolejną płytę, która w każdym innym roku zmieściłaby się w top 10, ale w mocnym 2012 nie mam takiej pewności. Bardzo mocne 8.

8/10

Continue reading →

KOMENTARZ KAABANA: "Fuck It"

3 komentarze
Continue reading →

DonGURALesko - Projekt Z Życia Moment [2012]

6 komentarze

Do tej płyty podchodziłem podobnie, jak do wszystkich projektów Gurala, które wyszły po „El Polako”: znowu rapowanie dla rapowania na bengerowych bitach, z całości 3-4 dobre utwory. Singli nie słuchałem, w internetowe opinie o tym, że poznaniak wrócił do korzeni nie wierzyłem. Dlaczego? Ponieważ jest to medium, gdzie aż roi się od psychofanów Dziadziora. Jak na razie jest to zaskoczenie roku i takie niespodzianki bardzo lubię.

Od jakiegoś czasu już chyba nawet najbardziej zagorzali fanatycy (ze SLAFF-em na czele) nie wierzyli w to, że DGE kiedykolwiek zboczy z trasy dziwnego rejsu, w którym płynął wraz z Matheo. Ponad to im dłużej trwała ich współpraca, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że najlepszy polski producent jest czynnikiem niezbędnym do tego, żeby podtrzymać jakikolwiek sens słuchania nowych rzeczy od Giovanniego.

W momencie, kiedy wydawało się nie ma już żadnych szans na odwrót, ku zdziwieniu wszystkich Gural ogłosił, że nagrywa klasyczną płytę. I to bez Matheo! Nie wnikam w powody takiej decyzji, ale był to jeden z lepszych wyborów w karierze Dziadziora. I tak po 10 latach solowych wojaży DGE wraca do korzeni. Kto by pomyślał?!

Ta zmiana wywołała szereg innych reakcji. Przede wszystkim w odróżnieniu od chociażby „Zaklinacza Deszczu” bity nie robią już 2/3, a jedynie 1/3 sukcesu. Na pozostałe 2/3 składają się: oczywiście flow oraz… teksty. Tak, nie wydaje wam się, Gural wreszcie zadbał o teksty. Nie jest to żaden Bisz, ani Mes, jednak otrzymujemy obserwacje na temat rzeczywistości w stylu znanym z „Opowieści z betonowego lasu”.  Czyli dokładnie to, na co czekali wszyscy słuchacze przez 10 lat!

Fakt, że za zmianą tekstów poszła również zmiana bitów udowadnia, że wszystkie jazdy, w które bawił się przez te wszystkie lata Gural były pod ciągłą kontrolą i ani przez moment nie stracił kontaktu z bazą. Dla słuchaczy z roczników ’95 w dół brzmienie płyty z pewnością będzie szokiem, dla tych starszych bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Królują klasyczne, miejscami nawet brudne podkłady, o które zadbali: Tasty Beats, The Returners, Donatan oraz w mniejszym stopniu Ceha.

Znajdziemy tutaj zarówno samplowane jak i grane partie, jednak wszystko kręci się wokół NY. Wyjątkiem jest bit w utworze „Kto sieje wiatr”, który trochę nie pasuje do klimatu całości. Pozostałe bardzo dobrze ze sobą współgrają, jednocześnie nie zlewając się w całość. Wyraźnie zaznaczam, że różnica poziomów między produkcjami od Returnersów, a tymi od Tasty Beats oraz Donatana jest słyszalna, chociaż i tak są to jedne z lepszych podkładów od tegoż duetu ostatnimi czasy.

O flow Gurala napisano już wszystko, więc nie ma sensu się powtarzać. W tym elemencie jest po prostu rzeźnikiem i musi przyznać to nawet największy hejter wszystkiego, co związane ze Szpadyzorem. Wypada za to napisać dwa słowa o gościnnych zwrotkach. Nowością jest featuring Weny, który zaskakuje poziomem. Prócz tego swoje trzy grosze dorzucili Mielzky (zarapowane lepiej, niż cały „Silny jak nigdy…”) oraz Fokus, jednak kiedy przyjrzymy się powiązaniom, to obecność  tych ksywek przestaje dziwić.  Poza nimi mamy raczej standardową i standardowo max solidną ferajnę, która musi być wciśnięta na wszystkie projekty od DGE: Rafi, Shellerini oraz RY 23.

Bez cienia przesady mogę napisać, że całość to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń na polskiej scenie w ciągu ostatnich paru lat. Spisany na straty przez świadomą część słuchaczy Gural jedną płytą pokazuje, że jak chce, to potrafi pstryknięciem w palce wywołać trzęsienie całej sceny. Mimo, że życzyłbym sobie kolejnego projektu w takim klimacie, to jednak tego nie oczekuję, ponieważ po pierwsze byłoby to powielanie schematów, a po drugie Gural już nic nie musi udowadniać. Zupełnie niespodziewanie otrzymaliśmy „Opowieści z betonowego lasu” w wersji w jakiej wielu widziało tę płytę już przy premierze. Całość na pewno zagości na mojej playliście na dłuższy czas.

8/10




Continue reading →
20.11.2012

Gruby Mielzky - Silny Jak Nigdy, Wkurwiony Jak Zwykle [2012]

16 komentarze

Ta recenzja miała okazać się już jakiś czas temu, ale przysłowiowe „zawsze coś” stawało na mojej drodze. W końcu przyszedł czas na rozprawienie się z tym ścierwem wydanym przez „jednego z najciekawszych i najbardziej dojrzałych raperów w hiphopowym undergroundzie”, jak napisał Najgorszy Recenzent Polskiego Rapu. Silny jak nigdy, chujowy jak zwykle.

Nie będę drugi raz produkował się na temat hipokryzji Mielona w związku z tym, w jakiej wytwórni wydaje płytę. Oczywiście parę zdań na ten temat jest niezbędnych, ale kto jest zainteresowany całym wątkiem to zapraszam tu, znajdziecie tam dość obszerny tekst w tym temacie.

Napiszmy więc dwa słowa o płycie. Tylko dwa, ponieważ tutaj tak naprawdę jedyne o czym można pisać, to odmieniać słowo „regres” przez wszystkie przypadki. Mielzky był kiepskim raperem jeszcze przed bessą formy, w której obecnie tkwi (i nic nie wskazuje na to, żeby miał z niej wyjść). Ledwo wyczuwalne flow było niemal jego znakiem firmowym (zaraz po wstydzeniu się za polski rap). Na legalnym debiucie „ledwo wyczuwalne” zamienia się w brak jakiegokolwiek. JAKIEGOKOLWIEK.
Przez bite 16 utworów nasz główny bohater usiłuje wpasować się w bit, jednak przy każdej próbie kończy się to fiaskiem. Podkład sobie, Mielon sobie. Może płyta powinna być zatytułowana „Silny jak nigdy, szukający flow jak zawsze”? Myślę, że taki tytuł znacznie lepiej oddawałby zawartość krążka i nie myliłby potencjalnych nabywców.

Zazwyczaj, kiedy ktoś nie ma ani krzty flow, ewentualnie ma bardzo mierne, stara się to nadrabiać bardzo dobrymi tekstami. Takich przypadków mamy mnóstwo, do tej pory po części w ten schemat wpisywał się także Mielzky. Może jego teksty nie były miodem na moje serce, jednak należy uczciwie przyznać, że prezentowały poziom znacznie wyższy niż średnia krajowa.

Na tej płycie po wspomnianym wyżej poziomie nie znajdziemy nawet najmniejszego śladu. Od deski do deski cały czas to samo: w życiu mi nie wyszło, mam ziomków, zestaw standardowych prawideł z książki „101 sposób jak żyć”, dam radę, hip hop. Nie odnotowano choćby próby wychylenia poza ten schemat. Jeżeli powyższy opis odnosiłby się tylko do połowy płyty to powiedzmy, że przymknąłbym oko. Jednak fakty są nieubłagane: monotematyczność w najgorszym możliwym wydaniu podniesiona do potęgi n-tej.

Flow nie, teksty nie, to może chociaż bity? Oczywiście, że nie. Tutaj również bez niespodzianek – Returnersi wypalili się już jakiś czas temu i na tej płycie tylko to udowadniają, dostosowując się poziomem do rapsów Mielona. Może trochę przesadzam, ale ten duet serio zaczyna mnie drażnić, powinni zmienić nazwę z powracacze na powielacze i będzie git. O ile początkowo ich podkłady (mimo, że oparte na przeruchanych patentach) miały przebłyski, to teraz jest to tłuczenie w kółko tego samego, bez krzty polotu. Produkcje od Gedza i Raka wcale się nie wyróżniają.

Co mogę napisać na koniec? Ortega Cartel feat. Mielzky – „Rap” > „Silny jak nigdy, wkurwiony jak zwykle”. Bezdyskusyjnie należy stwierdzić, że krążek zarapowany jest na odpierdol. Podobne wrażenie odnoszę, jeśli chodzi o warstwę tekstową, zaś o bitach nawet nie wspominam. Abstrahując już od całej hipokryzji w wykonaniu naszego głównego bohatera, to spierdolił on swoją legalną szansę koncertowo, co już dość wyraźnie widać w poziomie zainteresowania płytą, a raczej jego braku.  I tylko żal, że nawet takie gnioty mogą wbić na olis, ale to pewnie tylko wypadek przy pracy.

2/10




Continue reading →
19.11.2012

Miuosh - Prosto Przed Siebie [2012]

11 komentarze

Zgodnie z założeniami „Prosto przed siebie” z poprzednimi płytami miał łączyć tylko tytuł zaczynający się od litery P. Jednak Miuosh zgodnie z zasadami biznesu (jednak niekoniecznie progresu) poszedł na łatwiznę i wydał „płytę stanowiącą poprzedniej płyty riplej”. To jeden z powodów dla których zwlekałem z recenzją tego albumu – przez niemal miesiąc głowiłem się, co takiego widzą ludzie w tej produkcji. Moje poszukiwania zakończyły się rzecz jasna fiaskiem.

Z drugiej strony przypieczętowanie niewątpliwego sukcesu „Piątej strony świata” było krokiem roztropnym, jednak raczej z punktu widzenia quasi wytwórni pokroju Step Recrods. Poczynania Miuosha oraz Fandango śledzę niemal od początku i jestem zwyczajnie zawiedziony tym, że raptem 26 letni raper już zajmuje się odcinaniem kuponów.

Na szczęście nie miałem przyjemności pisać recenzji poprzedniego krążka rapera z Katowic, dlatego nie mogę (jak to mam w zwyczaju) odesłać czytelnika do starszego tekstu w momencie, kiedy znowu przychodzi mi pisać o płycie podobnej do poprzedniczki.  Zacznijmy więc od bitów, które akurat zaskoczeniem nie są – nigdy nie wymagałem od nikogo zmiany brzmienia na siłę, jeżeli ktoś odnajduje się w samplach to proszę bardzo, niech nawija pod nie całe życie. Już w wywiadach po poprzedniej płycie Mouosh zapowiadał, że wreszcie odnalazł swoje brzmienie i będzie się go konsekwentnie trzymał.

Jak powiedział – tak zrobił. Płyta niemal w całości oparta jest o sample, podobnie jak poprzedniczka. Wykonując taki ruch Miuosh raczej już ostatecznie odciął się od mrocznych klimatów, które możemy kojarzyć z „Pogrzebu”. Raczej nie ma się co rozwodzić – wpadek nie zanotowano, szczególnych przebłysków również nie. Na uwagę zasługuje fakt, że mimo dość sporej ilości producentów (10 przy 15 utworach) brzmienie płyty jest bardzo spójne. Nie będę wymieniał żadnego z osobna, nikt nie odstaje od bardzo dobrego poziomu i jest to chyba najlepsza rekomendacja.

 Jednak na tej płycie sample pełnią też inną rolę – ocieplają miejską surowość zawartą w tekstach Miuosha. Wprawdzie jest to trik znany już z poprzedniego albumu, jednak i tutaj odgrywa dość ważną rolę. Bez nich całość wędrowałaby bardziej ścieżką wytyczoną przez „Pogrzeb”, aniżeli „Piątą stronę świata”.

W kwestii tekstów niestety, ale nie usłyszymy nic nowego. Nie rozumiem czemu w chórze zachwytów nad „Prosto przed siebie” nie słyszę choćby jednego głosu na ten temat. Przecież w tym aspekcie Miuosh już od jakiegoś czasu  kręci się w kółko – miejski syf, jest ciężko, Śląsk, nie oglądam się za siebie, udało mi się. Reprezentant Katowic sprawdzone menu serwuje nam również na tym albumie i tak naprawdę jest to ostatni moment, kiedy nie zapisuję tego na poczet minusów. Przy kolejnym albumie nie będzie już taryfy ulgowej.

Tak naprawdę największą różnicą między tą a poprzednią płytą są goście. Kolaboracjami Pyskaty x W.E.N.A. x (wstaw dowolnego rapera) już rzygam i tutaj nic się w tej kwestii nie zmienia. Założyciel Aptaun jest już wyraźnie zmęczony ilością featuringów, zaś jego podopieczny po podkreślaniu w każdym możliwym miejscu, że on jest tekściarzem i nie będzie eksperymentował, nagle postanowił pobawić się w przyśpieszenia, co wyszło delikatnie mówiąc bardzo nieudolnie. HiFi mimo, że w duecie brzmi znacznie lepiej, to i tak nie jest to nawet cień poziomu z 23:55. Na pochwałę zasługuje Ero, który (poza ostatnim wersem) przyłożył się do swojej zwrotki. Podobnie postąpili Bisz i Joka, jednak oni poszli o krok dalej i zjedli gospodarza (nie lubię tego sformułowania, jednak tutaj pasuje jak ulał).

Wbrew obiegowej opinii nie mamy tutaj do czynienia z żadnym albumem roku.  Owszem, rap Miuosha może się bardzo podobać, jednak bez żartów: płyt roku nie przyznaje się za powielanie schematów. Miejmy również świadomość, że chwaląc tę produkcję przykładamy rękę do hodowli kolejnego przypadku, który ma dużą szansę cierpieć na syndrom Adama O. z Łodzi, czyli „chuj, że robię cały czas to samo, ważne, że schodzi”. Nie mówię, że to już ma miejsce, ale są ku temu dość sprzyjające warunki. Tymczasem nie wpisując się w ogólny trend daję 7/10, bo mimo wszystko płyta nadal jest bardzo solidna z plusem jednak nic poza tym.

7/10



Continue reading →
06.11.2012

Pokahontaz - Rekontakt [2012]

24 komentarze

„Hajs musi się zgadzać” – niewątpliwe ta piękna idea przyświecała ex członkom Paktofoniki przy ustalaniu daty premiery „Rekontaktu”. Płyta zapowiadana bez mała od 3 lat, parę razy padały już nawet konkretne, standardowo niedotrzymywane terminy. Nagle okazało się, że jeżeli w grę wchodzą większe pieniądze, to nawet Fokus (który 4 dni przed premierą swojej solówki nie miał napisanych wszystkich tekstów (!)) potrafił się spiąć i skończyć prace przed datą premiery.

Jak dobrze wiemy – pośpiech nie jest dobrym doradcą, co wyszło również przy premierze tej płyty. Nie należę do chóru hejterów Rahima i Fokusa, uważam nawet, że stać ich na nagranie naprawdę dobrej płyty, co zresztą pokazują w paru momentach na najnowszym albumie. To właśnie w tym miejscu jest pies pogrzebany – całość   jest strasznie nierówna.

Pal licho, kiedy nierówność przejawia się tylko w jednej z następujących części składowych: flow, tekst, bit. Na tej płycie słabsze momenty w każdym z ww. elementów wypadają niemalże losowo. Raz uda się Fokusowi, bit nawet da radę, jednak wszystko spierdoli Rahim („Niemiłość”). Innym razem sytuacja jest odwrotna („Jak jest”), jednak zdecydowanie częściej miejsce ma zdarzenie nr 1. W pewnych momentach całość psuje bit („Veto”), jednak tych sytuacji jest znacznie mniej.

Daleki jestem od krytykowania warstwy muzycznej. „Rekontakt” to rozwinięcie elektronicznej zajawki na bity oparte o syntezatory, która swój początek miała na „Recepturze”. Jeżeli wszystkie podkłady trzymałyby taki poziom, jak najlepsze z tej płyty (tytułowy track), to nawet podwyższyłbym ostateczną ocenę. Jednak część instrumentalna dostosowała się do części wokalnej, w związku z czym porusza się po sinusoidzie. Dino ma potencjał, jednak tutaj nie wykorzystał go nawet w 50%, 2 bity autorstwa DonDe wyszły całkiem nieźle, ale również bez rewelacji.

Fokus i Rahim poza paroma przebłyskami zaprezentowali (tylko) poprawną formę. Jeżeli chodzi o nawijkę, to wpadek nie ma, jest ona dostosowana do elektronicznych podkładów i to jest najważniejsze. W tematyce jest bardzo różnorodnie, usłyszymy m.in. storytellingi, bragga,  o relacjach damsko-męskich, nie zabrakło też miejsca dla taniego moralizatorstwa. Mimo, że to cieszy, to jednak powtórzę, że duet stać na więcej i odnotowałem stanowczo za dużo wpadek nie tyle w całych zwrotkach, co w pojedynczych wersach. Nie zmienia to jednak faktu, że niemal wszystkim tekstom brakuje "tego czegoś".

W ten sposób otrzymaliśmy kolejną płytę, której opisanie przymiotnikiem „nierówna” wyczerpuje temat. Niby nie oczekiwałem po niej zbyt wiele, jednak czuję lekki zawód, zwłaszcza po znakomitych „Perwersjach” Fokusa i niezłych "Podróżach po amplitudzie" Rahima. Gimbusy zajęte „zajebistym” wydaniem przymkną oko, bardziej wymagający słuchacze raczej oleją tę produkcję. Ja polecam zostawić sobie na play liście 4-5 kawałków i liczyć, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa, bo mimo wszystko potencjał nadal jest.

5/10


Continue reading →
02.11.2012

Donatan - Równonoc [2012]

26 komentarze

Dawno nie było na naszym podwórku projektu, który byłby promowany z aż takim rozmachem. 6 wysokobudżetowych klipów, rotacja w telewizji, (teoretycznie) czołówka polskiej sceny, preorder za 35zł z kosztami wysyłki. Nie będę udawać, że sam nie dałem nabrać się na tę całą machinę. Po singlu z Kajmanem i Borixonem moje ciśnienie na płytę było naprawdę spore. Opcja pt. „klapa” nie była w ogóle brana pod uwagę. To warte odnotowania, ponieważ przy okazji polskich premier takie uczucie towarzyszy mi raz, maksymalnie dwa razy w roku. Czy olbrzymie oczekiwania zostały spełnione?

Na płytę Donatana czekałem również z innego powodu – śledziłem produkcje sygnowane tą ksywką praktycznie od początku jego dźwiękowej kariery i jest to jeden z tych producentów, którzy nie musieli się „rozkręcać”. Poziom bitów wychodzących spod jego ręki od samego początku był wysoki, a potem przecież jeszcze zwyżkował. Abstrahując od poziomu raperów niecierpliwie wyczekiwałem instrumentalnej wersji płyty, w duchu modląc się, aby popisy wokalne śpiewaków nie zepsuły świetnej roboty gospodarza, którą zakładałem w ciemno.

Wyszło jak zwykle, czyli klasyczne z (bardzo) dużej chmury (stosunkowo) mały deszcz. Przypomnijmy, że początkowo miała być to „prawdziwie słowiańska płyta”, z raperami z innych państw włącznie. W toku prac informacja ta była sukcesywnie pomijana, żeby niedługo przed premierą ogłosić, że swoje zwrotki na płytę dograli tylko polscy grajkowie. Oficjalny powód to logistyczne trudności z ogarnianiem tak dużej grupy osób, które zaowocowałyby znacznym wydłużeniem procesu powstawania albumu. Nieoficjalny jest oczywisty chyba dla wszystkich: hajs musi się zgadzać, oraz oczywiście lenistwo. Początkowo byłem gotów wybaczyć ten błąd, jednak parę dni temu Donatan wyraźnie odżegnywał się od kontynuacji „Równonocy”, także połowa potencjału rzekomej „słowiańskości” została spartaczona w sposób koncertowy.

Druga połowa była do uratowania, jednak niezbędni ku temu byli raperzy z polskiej pierwszej ligi, do tego w wysokiej formie. Jak wiemy, udało się to tylko połowicznie. Owszem, na płycie usłyszymy artystów z czołówki jak VNM czy Mes, jednak na „Równonocy” stanowczo za dużo zapchajdziur. Udział takich raperów jak Sheller, Słoń, Kaczor, Chada, Ramona, B.R.O., Zbuku, Sitek, Małpa, Jarecki czy BRK na pewno nie jest wartością dodaną tej płyty. Mam również wątpliwości, czy udział wydających swoje ostatnie tchnienia weteranów (Pih, Tede, Pelson, Onar) w jakikolwiek sposób podwyższył poziom całości.

Wszyscy, których wymieniłem powyżej, w mniejszym lub większym stopniu spartaczyli swoje szesnastki. Część rapowo (Chada, Słoń, Tede), część tekstowo (Pih, Kaczor, Sitek), niektórym udało się nawet połączyć oba potknięcia (Sheller, Rafi). Moim osobistym zawodem jest gościnka Soboty (miałem nawet sen, że zwrotka ta nie weszła na płytę z powodu jej chujowości).
Na drugim biegunie znajdują się raperzy, którzy zawsze reprezentują wysoki poziom oraz średniacy, którzy poczuli wagę projektu i spięli dupy. Bardzo dobre solowe utwory dał VNM, oraz idealnie pasujący do takich bitów Sokół. Nie rezygnując ze swojego stylu świetnie wpasowali się w atmosferę płyty. Podobnie ma się sprawa z niezwykle klimatycznym „Z dziada-pradziada” oraz lżejszym „Nie lubimy robić”. Na szczególną uwagę zasługuje kawałek Mesa, który jako jeden z nielicznych ugryzł temat z zupełnie innej strony (czego chyba nikt się nie spodziewał). Pozostali, których ksywki nie padły w poprzednim akapicie pojechali przynajmniej poprawnie (Paluch), czasem nawet bardzo dobrze (Ero), ale nadal są tylko tłem dla tych, którzy nadają ton „Równonocy”.

Poznęcałem się nad wykonawcami, ale sami tego chcieli. Kiedyś broniłem inteligencji raperów, dziś coraz bliżej mi do opinii, że są to zwykli idioci, którym słowiańskość kojarzy się tylko i wyłącznie z chlaniem i których horyzonty nie wychodzą poza sklep Alkohole 24. Panowie, mamy XXI wiek, jest Internet, serio można było ogarnąć te zwrotki trochę lepiej. Tutaj hejt również dla Donatana, który jako producent wykonawczy powinien otwarcie powiedzieć połowie załogi „słuchajcie, albo piszecie/nagrywacie to jeszcze raz, albo wypierdalać, mam full chętnych na wasze miejsca”. Niestety, ale komuś zabrakło jaj i dzięki temu mamy płytę o tytule „Równonoc”, która z równonocą ma niewiele wspólnego. Gdybym nie śledził promocji płyty to pomyślałbym, że gospodarzowi zabrakło wiedzy, jednak ta możliwość odpada.

Jako, że od premiery minęło już kilka dni, to zdążyłem zapoznać się ze wstępnymi opiniami na temat tego albumu. Nie ukrywam, że niezwykle zdziwiły mnie hejty na rzekomą jednostajność warstwy muzycznej. Jeżeli płyta jest oparta na jakimś KONCEPCIE, to chyba jasne, że pewna monotonia jest nieunikniona. Na „Równonocy” i tak jest jej tylko mała domieszka: bity są podobne, ale nie zlewają się w jedność. Sytuacja, w której po przesłuchaniu płyty nie wiesz, czy całość nie została zarapowana pod jeden instrumental nie ma racji bytu i należy to bardzo wyraźnie podkreślić. Donatan stanął na wysokości zadania, bity brzmią naprawdę słowiańsko: mandolina, flet, saz, akordeon, bałałajka, rebek, wiolonczela czy skrzypce to chleb powszedni przy rozkładaniu poszczególnych podkładów na czynniki pierwsze. Do tego dodajmy mocne bębny oraz śpiew zespołu Percival i otrzymujemy naprawdę unikatowe brzmienie (tak, wiem, podkład do „niespokojna dusza” brzmi tak samo, jak u Dre). Brzmienie, które spokojnie mogłoby być naszą wizytówką poza granicami kraju.

Ten album to dla mnie dość poważny zawód. Niesamowity rozmach, hajs posypany, więc pieniędzy nie zabrakło na nic, a i tak nie udało się zrobić płyty choćby zbliżonej poziomem do najlepszych produkcji bieżącego roku. Nawet pokraczne „Radio Pezet” jako całość prezentuje się lepiej, niż album producencki Donatana. Niestety, ale jestem przekonany, że „Równonoc” zostanie zapamiętana jako zmarnowany potencjał i fajne teledyski. EP-ka na 4-5 utworów byłaby niezłą rakietą, przy 16 trakach poziom jest zbyt nierówny. I nawet najlepsze intro jakie słyszałem na polskiej płycie nic w tej kwestii nie zmienia. Dwójki nie będzie, więc nawet nie mogę napisać, że „pierwsze koty za płoty”. A był potencjał na płytę, która byłaby wspominana przez lata.

6/10 + 0,5 za bity = 6,5/10


Continue reading →

Kategorie