29.11.2013

Śniadanie z Popkillerem: Młode Wilki 2013 #1

9 komentarze

Wprawdzie wybór Młodych Wilków Popkillera formalnie się jeszcze nie zakończył, jednak u mnie podsumowanie nieco wcześniej: przede wszystkim chodzi o wytknięcie redakcji absurdalnych wyborów. To, kto wygra w głosowaniu internautów nie ma najmniejszego znaczenia: to 16, a nie 3-4 ksywki, więc jest to standardowy dla polskiego rapu konkurs, które należy bojkotować.

Do rzeczy: po fatalnej, zeszłorocznej edycji wydawało się, że gorzej się już nie da. Wszak w zanadrzu były takie talenty jak Kuba Knap, Kamel czy Kleban. Dla redaktorów mojego ulubionego serwisu hell's the limit, dlatego postanowili jeszcze bardziej dojebać do pieca i stworzyć najbardziej bezbarwną edycję w krótkiej historii tego śmiesznego konkursu.

Przy całej swojej chujowości, poprzednia edycja była przynajmniej różnorodna i na swój sposób stylowa. Było słychać, że laureaci wiedzą o co im chodzi (nawet, kiedy chodziło im o ksero). W tym roku dostajemy kichę do kwadratu, czyli 1 stylówka, 2 pomysły i jeden paraolimpijczyk.

Polećmy po kolei: pierwszym wyborem był znany i lubiany Zioło. To właśnie jego miałem na myśli w poprzednim zdaniu, a konkretnie pod hasłem "2 pomysły". Tutaj warto podkreślić, że ta uwaga dotyczy wokalnych wyczynów rapera z Wrocławia, bo bity robi palce lizać i już tym z "Hip hopu" ciężko cokolwiek zarzucić. Dobry rap bez spin, luka po Smarkim zapełniona.

Praktis - zero potencjału, zero stylówki, zero pomysłu na siebie. Gdyby nie głos to nikt by nie zwrócił na niego uwagi. Takich Praktisów jest w Polsce na pęczki, dlatego pytam: dlaczego ten, a nie inny?

Wiciu - tak, jak pisałem na facebooku: może i jakiś potencjał jest, natomiast na pewno nie został pokazany w materiałach, które wypuścił do tej pory. Postrzegany jako osoba, która traktuje rapowanie z przymrużeniem oka  (co zresztą poświadcza ilość i jakość wydanych projektów), stąd zdziwienie wyborem. Dużo, dużo za wcześnie.

Kuban - fenomenu tego marnego grajka nie rozumiem i już chyba nigdy nie zrozumiem. Jakiś pseudoluz, zdarza się wypadać z bitu, często rapuje obok niego. Pytanie brzmi: z czym do ludzi?

2sty - o nim wszystko napisałem w niedawnej recenzji "Puzzli". Sam nie wie czego chce. Nie wie dokąd konkretnie zmierza, często zmieniając kierunki. Jego płyta to popelina, za którą nie powinien być promowany w ten sposób. Zobaczymy co z niego będzie jak już znajdzie pomysł na siebie.

Kuba Knap - jedyny sensowny wybór. Klasa sama w sobie, bezbłędna, dopracowana stylówka. Za kilka lat ścisła czołówka sceny. O taki rap walczyłem!

Golin reprezentuje ten rodzaj rapu, do którego tasują się użytkownicy ślizgu. Jedna uwaga: raper ma przede wszystkim rapować. Choćby pisał najlepsze teksty w całej galaktyce, to przynajmniej śladowe flow jest wymagane. Tekstowo bardzo dobrze (chociaż zdarzają się słabsze linijki), wokalnie tragedia, która powinna jeszcze się trochę nauczyć.

Mam na imię Aleksander, a ja odsyłam do wczorajszej recenzji.

Supran - kolejny Praktis, czyli takich typów jest na tony w każdym polskim mieście (i zapewne wsi również). Jeżeli redakcja chciałaby być konsekwentna, to powinna wypromować wszystkich raperów prezentujących umiejętności zbliżone do Suprana, czyli tak na oko jakieś 34567890653. Macie co robić do końca swoich dni!

Tomb - kiedyś twierdziłem, że typ ma potencjał na zajebisty offbeat. Im dłużej trwa sytuacja, w której wcale się do tego zajebistego offbeatu nie przybliża, tym bardziej  skłaniam się ku przekonaniu, że tylko mi się wydawało. Czasem dobre pancze (przeplatane z tragicznymi).

Gonix - spore umiejętności wokalne, jednak śmieszny, gówniarski feminizm w tekstach odpycha. Plus za przemyślane eksperymenty, w których się odnajduje.

Jak sami widzicie mamy tutaj do czynienia z prawdziwym dramatem. Przeciętny czytelnik po zapoznaniu się z propozycjami złapie się za głowę i pomyśli: jak to, poziom nowych twarzy w Polsce jest tak zatrważająco słaby? Zorientowany słuchacz poprzeklina w myślach ten śmieszny portal i utwierdzi się w przekonaniu, że jego slogan powinien brzmieć "konkretnie o kolegach".

CDN.
Continue reading →
28.11.2013

Mam Na Imię Aleksander - Nie Myśl O Mnie Źle [2013]

15 komentarze

Popkiller twierdzi, że bohater dzisiejszej recenzji jest "jednym z najszybciej progresujących raperów". Jeżeli weźmiemy poprawkę na to, że dla redaktorów tego portalu progres = upodabnianie się do kogoś z wyrobioną marką, to oczywiście wszystko się zgadza.

Mam Na Imię Aleksander to raper wzięty dosłownie znikąd. Przed legalnym debiutem wydał raptem jedną, praktycznie niezauważoną EP-kę. Przy tak skromnym dorobku ni stąd ni zowąd rękę wyciągnął do niego Miuosh i dzięki niemu wszyscy, dla których 2sty jest za słaby, a Gedz za dobry, mogą posłuchać sobie czegoś odpowiedniego dla ich poziomu świadomości muzycznej.

Na wstępie trzeba jasno podkreślić: najnowszy nabytek Fandango to bezczelne ksero Bisza i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Co ciekawe on sam nawet nie próbuje zaprzeczać temu podobieństwu, w wywiadach otwarcie przyznając się do tego, że jest psychofanem rapera z Bydgoszczy. Niesamowity tupet: "wiem, że brzmię podobnie jak mój idol, ale i tak macie mi za to płacić".

Z taką świadomością nie należy wychylać się poza swoje osiedle. W ostateczności można wypuścić nielegal, po czym wkurwiać się na tzw. hejterów, którzy "nie rozumieją" twojego pomysłu na rap. Ale absolutnie nie wychodzić z tym do szerszej publiczności, a tym bardziej kazać sobie za to płacić! Niestety szef Fandango najprawdopodobniej pod wpływem niezdrowej fascynacji  Biszem nie był w stanie realnie ocenić wartości nowego podopiecznego.

Sama płyta stoi przede wszystkim patosem i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Wprawdzie w jednej z rozmów Aleksander przyznał, że "lubi patos", zapomniał jednak, że w odniesieniu do rapu jest to pojęcie stricte negatywne! Pozytywny patos to może być w muzyce klasycznej, ale nie w pierdach stworzonych przez 22 latka w oparciu o sample, kserowanie ameryki i lepszego kolegi. No kurwa litości.

W tym momencie \trudnością nie jest domyślić się, że tekstowo jest to silenie się na poetyckość za 2zł. To właśnie w taką kreację zostały ubrane wszystkie ckliwe historyjki z życia gospodarza, które zresztą niczym nie odbiegają od tego, co mają do powiedzenia inni raperzy. O czymś tam sobie nawija, zaś odbiorca jest zbyt skupiony na kręceniu beki z tak górnolotnych metafor jak "wypełnia linie papilarne jak koryto rzeki", żeby jeszcze zastanawiać się o co mu tam konkretnie chodzi. Wisienką na tym podniosłym torcie jest refren wokalisty studencko-poetyckiego zespołu Coma, który również zostawił ślad w inspiracjach Aleksandra. Jeszcze tylko Happysadu tutaj brakuje.

Od strony wokalnej ciężko się przyczepić do czegoś więcej, niż niezwykły poziom pretensjonalności. Myślałeś, że nigdy nie spotkasz nikogo rapującego bardziej nienaturalnie niż Raca? Myliłeś się! Odpal sobie dowolny track z "Nie myśl o mnie źle" i popatrz w lustro jak więdną uszy. Owszem, flow jest dobre (i zmienne), znajdzie się nawet podśpiewywanie, ale wszystko sztuczne jak buty z Tesco (lub innego marketu), a do tego na patencie Bisza. Mówię nie.

Jedyną sensowną częścią tej całej padliny są bity. Jak powiedział zresztą sam główny zainteresowany, ciężko wsadzić je do konkretnych szufladek. Nie jest to newschool (poza wyjątkami), do cloudowych również im sporo brakuje. Spotkamy i sample i podkłady nieco "podrasowane" w stronę tego, co aktualnie jest w modzie. Chyba miało być coś a'la Kanye, jednak to nieco za mało. Niemniej na tle całej porażki jaką jest ta płyta wypadają naprawdę dobrze.

W jednym z numerów pada sformułowanie w którym gospodarz  twierdzi, że "Miuosh powiedział [mu], że ma dar". Podejrzewam, że to żałosne nieporozumienie, które wynikło z tego, że akurat  słuchał Bisza i pomyliły mu się playlisty. Numery telefonów zapewne też. Takich albumów jest coraz więcej, a powinno być coraz mniej.  W dodatku facet zostaje "młodym wilkiem" Popkillera. "Polski hip hop - nie zmienia się nic". No i tytuł:  niby jak nie myśleć o nim źle?

Ocena subiektywna: 1/10

Ocena obiektywna: 4/10 - 3 za kserowanie = 1/10




Continue reading →
26.11.2013

Te-tris/Pogz - TERAZ [2013]

13 komentarze

Kiedy przystępowałem do odsłuchu tego albumu, próbowałem obiecać sobie, że nie będę brał pod uwagę Wielkiego Nawrócenia Te-Trisa i po prostu ocenię płytę abstrahując od tego, co głosił wcześniej. Już po pierwszym numerze przekonałem się, że jest to bardzo ambitny pomysł.

Sprawnie uniemożliwia to ilość parafraz zwrotu "robię co chcę i co czuję, a hejterom chuj w dupe", które każdy szanujący się raper powinien odpuścić, a w najgorszym wypadku ograniczyć do jednego utworu. Być może to wcale nie musiało tak wyglądać, gdyby Chrabin nie banował na swoim fanpejdżu wszystkich, którzy pozwalają sobie na jakąkolwiek, nawet najbardziej merytoryczną krytykę. Wtedy swoją potrzebę głoszenia światu jak bardzo ma wyjebane na zdanie innych mógł realizować w przestrzeni internetowej, zamiast kazać sobie za nią płacić.

Nie da się również uciec od porównań do "Lotu". "TERAZ" jest przedłużeniem/rozwinięciem koncepcji i pomysłów rozpoczętych (i momentami fatalnie wykonanych) na płycie sprzed dwóch lat. W tym porównaniu jawi się jako rozwinięcie bardzo udane. Kiedy zestawimy ją z innymi, odchodzącymi od truskulowej konwencji płytami - nie wypada już tak różowo.

Przede wszystkim brak tutaj naturalności. I gdyby chodziło o momenty, to nie miałbym do tego pretensji. Jednak to dotyczy CAŁOŚCI wokalnej części płyty. Niby Tet zrobił progres, niby potrafi się już (przynajmniej mniej-więcej) odnaleźć na innych, niż wyznawanych całe życie podkładach, ale jakieś to wszystko sztuczne. Jakby był to efekt nauki, a nie tego, co w mu duszy gra (mimo zapewnień, że tak nie jest). Borixon na "Rap not dead" miał więcej luzu.

Mimo tego do flow Te-trisa nie mogę się przyczepić i piszę to otwarcie: dobrze dopasowuje się do rytmu dość przekrojowego brzmienia, potrafi przyśpieszyć, zwolnić, płynnie przejść w mówienie i to wszystko bez wpadek. Znacznie gorzej prezentuje się jego kompan: Pogz poza tym, że znany jest ze skrajnie irytującego głosu szóstoklasisty, to jeszcze rapuje na jedno kopyto. Te ułomności są dość nieźle tuszowane przez podkłady, jednak przy kolejnych przesłuchaniach nie da się na to nie zwrócić uwagi. Problem jest o tyle denerwujący, że w wywiadach Pogo ma jak najbardziej normalny głos. Dopiero przed majkiem zmienia się w funkcjonariusza, który ma za zadanie zwabić pedofila-homoseksualistę.

Znacznie lepiej to wszystko wygląda od strony tekstowej. Obaj Panowie zawiesili poprzeczkę na dość niezłym poziomie, czym jestem zaskoczony. Zwłaszcza w odniesieniu do Tetrisa: w końcu jeszcze niedawno deklarował, że im starszy tym prostsze teksty i gimbynierozumiejo. Tymczasem na "TERAZ" usłyszymy wersy, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się na "Dwuznacznie". Oczywiście ich stężenie jest znacząco mniejsze, jednak po fatalnym "Locie" jest to spory plus. Pogo jest poziom niżej, ale nie jest to powód do wstydu. Tematycznie jest to kontynuacja poprzedniej płyty, czyli dojrzały mąż, ojciec i kumpel po 30 (tylko tutaj w opcji x2) ciąg dalszy.

Oprócz tego, że za lwią część muzyki odpowiada duet BobAir & Młody G.R.O., charakterystyczne dla płyty jest również maczanie palców wielu producentów w jednym numerze. W skali Polski jest to bardzo rzadko spotykane. Efektem tego są podkłady dopieszczone do granic i brak choćby jednego przypadkowego dźwięku. Klimat brzmienia - jak wszystko inne - nawiązuje do "Lotu", chociaż całość jest nieco spokojniejsza, niż poprzednia płyta.

Mimo tych wszystkich plusów i obiektywnie wyższego poziomu, muszę przyznać, że nie mam zamiaru wracać do żadnego numeru z tego albumu. Na "Locie" są numery, do których wracam do dziś i drugie tyle, nad którymi głowię się, czemu nie zostały nagrane lepiej. Ani jeden utwór z tracklisty "TERAZ" nie łapie się do żadnej z tych kategorii. Ot, niemiecka poprawność.

Ocena subiektywna: 5/10

Ocena obiektywna: 7,5/10




Continue reading →
10.11.2013

Junes - Nie-EP (Płyta Długogrająca) [2013]

24 komentarze

Trwająca moda na powroty dotyczy nie tylko starych wilków, ale również stosunkowo świeżych, nie mających zbyt wiele w swoim CV raperów. Wprawdzie Junes twierdzi, że przy nagrywaniu kierowały nim zgoła inne motywy, to po przesłuchaniu "Nie-EP" ciężko dać wiarę w te tłumaczenia.

Parę miesięcy po płycie Rap Addix w nowej odsłonie, przyszedł czas na solo osoby, bez której ten projekt by nigdy nie powstał. Po albumach z SoulPetem wiele osób z utęsknieniem czekało na album (już ex) jednego z naczelnych prawicowców polskiego rapu. W końcu po 4 doczekali się. Ale potwierdzenia, że ich bożek jest żenująco słabym materiałem na MC.

To, że raper z Sokołowa nigdy nie umiał nawijać wiedzą wszyscy i w zasadzie nie ma co się nad tym specjalnie rozwodzić. W okresie poprzedzającym "LP" było to przykre dukanie, zaś właśnie na długogrającej płycie z 2009 zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy tego, że nauka nie idzie w las.

Niestety, ale właśnie w tym momencie nasz bohater zdecydował się na zakończenie kariery i "cały misterny plan poszedł w pizdu". Na "Nie uciekniesz" można było łudzić się, że jest to rozgrzewka i jeszcze pokaże na co  go stać. "Nie-EP" rozwiewa tego rodzaju wątpliwości.

Zamiast bronić i odwoływać się do emocjonalnych wspomnień z 2009 należy spojrzeć prawdzie w oczy: ta płyta to rapowa amatorszczyzna w pełnym tego słowa znaczeniu. Junes nie umiał, nie umie i najprawdopodobniej nigdy nie nauczy się rapować. Zamiast tego jest rozpaczliwe miotanie się po podkładach, pseudo weścia, brak flow i notoryczne wypadanie z bitu. To wszystko przez 50 minut, podczas gdy wcześniej była to max połowa tego czasu.

"Chujowe flow chujowym flow, ale ja cenię go za emocje i gorzki, pesymistyczny, wręcz depresyjny klimat" powie jakiś mędrek na ślizgu. Warto jednak zauważyć, że również na tej płaszczyźnie nasz bohater ma do zaoferowania znacznie mniej, niż kilka lat temu. Po pierwsze, to wszystko już było: jak mam chujowy nastrój to odpalam sobie "LP" i złych klimatów mam w nadmiarze. Nie potrzeba mi tego wszystkiego nawet nie w nowym opakowaniu, bo i w tej kwestii Robertowi nie chciało się zbytnio wysilić.

Słuchanie po raz kolejny o upośledzeniu emocjonalnym nikomu normalnemu nie powinno sprawiać frajdy. 4 lata temu - ok. W tym momencie jest to kolejna porcja gorzkich żali od niezrównoważonego człowieka, który cięcie w chuja usprawiedliwia naturą. Nie twierdzę, że naturę można zmienić, natomiast należy po prostu trzymać ją w ryzach. Zamiast tego Junes woli pomotać się, pościemniać i na koniec wypłakać. Jeszcze gdyby to robił w jakiś fajny sposób, zamiast kultywowania starego dobrego "WYCHODZĘ PRZED MIKROFON I KRZYCZĘ BO MNIE CAŁY ŚWIAT WKURWIA" to można byłoby przymknąć oko, ale jak pisałem wyżej - tak nie jest.

Część osób twierdzi, że taka jest jego konwencja. Ja natomiast uważam, że to splot dwóch syndromów: wypalenia i dziada. Pierwszy sprawia, że dostajemy gorszą wersję poprzednich wypocin, dzięki drugiemu natkniemy się na linijki hejtujące radykalne podejście do polityki czy bezsensownej edukacji. Dziadek Junes ma do zaoferowania jeszcze mniej, niż miał (i tak słaby) młody poprzednik.

Bity dostosowane są do niepełnosprawności wokalnej gospodarza: truskulowe sample, bębny i jedziemy. Zresztą wystarczy spojrzeć na listę producentów i od razu staje się jasne, że nie będzie nam dane obcować z wirtuozami. Nawet podkłady SoulPete'a i Puzzla nie wyróżniają się niczym szczególnym. Tak na dobrą sprawę cała płyta mogłoby zostać zremixowana i z pewnością powstałby album znacznie lepiej brzmiący niż efekt wypuszczony do słuchaczy.

W dwóch ostatnich numerach pojawiają się goście, którzy (poza Te-Trisem) zdecydowali się dostosować do poziomu Junesa. Jobixa można spisać już na straty, Enson i Łozo udowodnili, że może i są niezłymi tekściarzami, za to raperzy z nich co najwyżej przeciętni. Konika przemilczam.

Poza tym w uszy rzucają się całe sterty siermiężnych, niepotrzebnych i niedopasowanych cutów i scratchy. W domyśle miały zapewne być zamiennikiem dla chujowych refrenów gospodarza, w efekcie wyszło tak samo źle, jak nie gorzej.

Junes kilkakrotnie podkreśla, że rap jest dla niego terapią i dlatego nagrywa. Super, moje gratulacje, ale niech nie wypuszcza tego do ludzi, bo nie ma za grosz potencjału. A linijkami jak to chujowi raperzy nienawidzą rapu to już rzygam, za grosz przyzwoitości czy samokrytycyzmu.

3/10



Continue reading →
06.11.2013

Z.B.U.K.U - Że Życie Ma Sens [2013]

23 komentarze

Dzięki Step Records do grupy nowych, chujowych i niczym niewyróżniających się MC dołącza kolejna osoba. Tym razem na legalną półkę wskakuje Z.B.U.K.U, czyli noskill, którego słuchają co najwyżej znajomi tudzież gimbusy.

Polityka opolskiej wytwórni powoli zaczyna przypominać państwo socjalistyczne: dzielne zwalczanie wymyślonych problemów. Z drugiej strony może jest w tym jakieś drugie dno: raperzy proszą o wydawanie słabeuszy, żeby mieli w kogo kierować swoje pancze.

Tak czy inaczej obecność kolejnego randomowego rapera wygrzebanego gdzieś tam na jednym z tysięcy polskich osiedli staje się faktem. Pardon, jest jedna rzecz, która Zbuka wyróżnia: głos. Oczywiście mam tutaj na myśli odróżnienie od tej masy wypływającej na legal, bo nie sposób uniknąć skojarzeń z Onarem.

Na tym podobieństwa się nie kończą. "Że życie ma sens" (tak samo jak "Nowe Światło") jest albumem o niczym, który nie trafi do nikogo normalnego i który równie dobrze mógłby nie wyjść. Całe LP o hip hopie i "skurwysynach" z dodatkiem jakiegoś pseudockliwego storytellingu to 15 lat temu, a nie dziś.

Oskarżenie o jednostajność odnosi się również do nawijania na jedno kopyto oraz truskulowych bitów, od których pianinek idzie się zwyczajnie wyrzygać, a następnie wykasować to ścierwo ze swojego dysku twardego.

Po drodze podobno powinniśmy natknąć się na jakieś featy, ale wlatują one jednym uchem, a wylatują drugim. Bezczel to miał chyba zakończyć karierę, a Bonson uraczył nas setną zwrotką o tym samym #VNM. Ma to też swoje plusy, dobre szesnastki nie poszły na zmarnowanie.

Z.B.U.K.U, B.A.K.U., B.R.O - ilu was tam jeszcze no i ile zapłaciliście za możliwość "wbicia się" na legal? Bo nie wierzę, że choć w jednej wytwórni siedzi jakiś jeden z drugim dyrektor, który po przesłuchaniu takiej chujni myśli sobie "no kurwa zajebiste, bierzemy cię i od razu zaklepuję 10 sztuk dla siebie i znajomych, wszyscy muszą poznać taki talent". Po takich płytach to się odechciewa kurwa wszystkiego.

2/10


Continue reading →
05.11.2013

KęKę - Takie Rzeczy [2013]

12 komentarze

W pewnych środowiskach "Takie Rzeczy" były najbardziej oczekiwaną płytą bieżącego roku. Oczywiście mam tutaj na myśli forum ślizgu, które już od lat fapując pod kawałki Kędziora zastanawiało się, kiedy będą mogli posłuchać swojego bożka na legalu.

Dość nieoczekiwanie taką możliwość dał im założyciel największej polskiej rap wytwórni. Nieoczekiwanie, ponieważ KęKę ma już swoje lata i wydawało się, że nie ma większych szans na jakąkolwiek karierę. Porozumienie ogłoszono w lutym, a już 8 miesięcy później album znalazł się na sklepowych półkach.

Na wstępie zaznaczam, że nigdy nie byłem specjalnym fanem radomskiego rapera. Wiedziałem, że ktoś taki istnieje, że ma całkiem niezłą, swojską stylówkę no i porusza tematy bliskie moim poglądom. Spoko, odsłuchałem kolejne  tracki, ale nigdy żadnego z nich nie ściągnąłem. Przede wszystkim dlatego, że nie mam w zwyczaju słuchania pojedynczych numerów i zdecydowanie bardziej wolę płyty. Dlatego też uważam, że  recenzja z tej perspektywy jak najbardziej ma sens. Jest pisana przez osobę mającą pojęcie, a przy tym nieosłuchaną z numerami, które znane są od lat, a które weszły na album.

Oczekiwania były spore, ale nie wydaje mi się, żeby zostały spełnione. Sam po kilkunastu odsłuchach patrząc na tracklistę nie mam pojęcia, do którego numeru konkretnie wrócić, bo żaden mnie nie porwał. Ewentualnym wyjątkiem jest singlowa "Trasa (BraKaKa)". Jako patriota mogę odpalić sobie jeszcze "Jeden Kraj" lub "Iskrę", ale też bez wielkiego szału.

Tekstowo i bitowo jest to jeden wielki pierdolnik, który spaja wspomniana świetna stylówka oraz charyzma gospodarza. Fakt, że gdyby ktoś inny miał zarapować tekst z "Ja się pytam" bądź "Z boku" to raczej nikt by się nim nie zachwycił. W ustach Kędziora brzmi to zupełnie inaczej. Swojskość, zachrypnięty "przepity" głos oraz niedokładne rymy (które gimby notorycznie mylą z ich rzekomym brakiem #małolat2005) dają naprawdę ciekawą (i unikatową) mieszankę, która zdecydowanie wyróżnia się na tyle innych stylów.

Kontynuując wątek tematyki: jest to typowy KęKę. Wóda, życie na osiedlu, rap, wóda, dupeczki, zmaganie się z problemami życia codziennego, wóda, patriotyzm. Można podsumować: zwykłe życie zwykłego polaka. To jest spoko, ponieważ mało osób potrafi podejść do tematu w tak bezpretensjonalny sposób, jednak za dużo tutaj chaosu, a różnice między numerami (poza wyjątkami) są wręcz minimalne.

Aż prosi się o większą spójność podkładów. Ale skoro na 15 tracków mamy aż 10 producentów, to musiało się to tak skończyć. Dzięki temu na płycie dominującej w brzmienie skłaniające się ku klasyce (z ewentualnymi, nowszymi smaczkami) nagle ni z tego ni z owego wjeżdża gitarowa "BraKaKa" czy też ewidentnie inspirowane Bangladeshem "Z boku". Ten miszmasz dobitnie pokazuje, ze nie mamy do czynienia z przemyślaną koncepcją, a zwyczajnym wyborem kawałków z określonej puli. W 2013 takich rzeczy się nie robi.

Z jednej strony efekt końcowy jest daleki od oczekiwań stawianych legalnym płytom. Z drugiej kto śledzi chociażby facebooka Kędziora ten wie, że taki, a nie inny kształt albumu nie jest niczym dziwnym. Jak na moje KęKę stać na znacznie, znacznie więcej i tego własnie w przyszłości oczekuję.

7/10





Continue reading →

Kategorie