31.10.2012

Peerzet - Z miłości do gry [2012]

14 komentarze

Główny problem większości podziemnych raperów w momencie wchodzenia na legal to z pewnością lata zapewnień, że jest się najlepszym, które potem nijak mają się do rzeczywistości. Ten sam syndrom dopadł jednego z moich faworytów, czyli Peerzeta. Wprawdzie wykastrowanie Przemka można było zauważyć już wcześniej, jednak do końca łudziłem się, że to tylko takie pitu pitu, a wszystko, co najlepsze zostawia na legal. Tradycyjnie myliłem się, więc już nawet nie jest mi przykro.

Peerzet, starszym słuchaczom znany z 2razyPe, czyli projektu, który współtworzył z Puzzlem, młodsi powinni kojarzyć go z hedonistycznego "Hipocentrum". Najmłodsi zapytają, co to za podróba Pezeta, jednak jak wszyscy wiemy, Przemek z Pawłem nie ma nic wspólnego, oczywiście poza podobieństwem ksywek

Dla osób śledzących polski underground z pewnością był to jeden z najbardziej wyczekiwanych legalnch debiutów. Peerzet już 4 lata temu miał potencjał, który można było spokojnie zaprezentować szerszemu gronu słuchaczy, jednak był sukcesywnie pomijany przy wyciąganiu z podziemia kolejnych raperów. W końcu zlitował się nad nim Pyskaty, jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zrobił to za późno.

O co dokładnie chodzi z tym "za późno"? Po prostu z biegiem lat Przemek stracił pazur. Pierwsze co przychodzi na myśl po przesłuchaniu płyty to pytanie: "Aha, wyszedłeś na legal, coś jeszcze?" Ci, którzy śledzili karierę reprezentanta Stalowej Woli będą tłumaczyć go innym etapem życia, jednak mało mnie to interesuje. Dlatego też napisałem, że pomocna dłoń od Pyska została wyciągnięta dużo za późno.

Swoją drogą "poprawne i tyle" albumy to jakaś klątwa, która krąży nad Aptaun. Niby w tej wytwórni nie wychodzą słabe płyty, jednak ciężko się nimi zachwycać. Może jest tam jakiś przymus nagrania przynajmniej poprawnego albumu, przez co raperzy nie radzą sobie z presją i na tym kończą? Nie wnikam, ale z "Z miłości do gry" jest ten sam problem, co z "Dalekimi zbliżeniami": niby jest lepiej, niż na poprzednim krążku, jednak brakuje tego czegoś. Od takiej sytuacji lepsza jest już płyta nierówna, ponieważ z niej możemy cokolwiek zapamiętać. Słuchacze, którzy znali Przemka już wcześniej z tego albumu nie zapamiętają nic, świeżakom w pamięć powinny zapaść podwójne kładzione w charakterystyczny sposób.

Groteską jest nagrać album, który w głównej mierze opiera się na dissowaniu swojego poprzedniego wydawnictwa. Naprawdę rozumiem jaranie się faktem, że udało się ogarnąć, ale żeby od razu całą płytę o tym? Zacytowanie klasyka "NIKOGO TO NIE INTERESUJE" raczej nie będzie tutaj wyolbrzymieniem. Cały album o tym, że nie warto tylko melanżować i jest życie poza regularnymi najebkami. Najgorsze jest to, że Przemek pierdoli o tym już 3cią płytę i nic nie wskazuje na to, żeby na tym miało się skończyć. Jeden utwór (powiedzmy ten singlowy) w zupełności by wystarczył. Napisanie wszystkich tekstów w oparciu o ten schemat wskazuje, że raper nie miał za bardzo pomysłów, a że jest okazja wydać legal, to cudownie rozmnożył jedną ideę na 15 pozornie różnych.

Bitowo znowu to samo, chociaż nie odbierajcie tego za hejt. Owszem, wolałbym, żeby stosunek bitów TMK do tych firmowanych ksywką Donatana był odwrócony, ale tragedii nie ma. Królują klasyczne bity tego pierwszego, których poziom nie pozostawia wiele do życzenia, więc jest dobrze. W innych recenzjach znalazłem niezbyt pochlebne opinie o odbiegających od klasyki podkładach  Donatana, jednak dystansuję się od takiego zdania – może nie są to mordercy, ale jest przynajmniej solidne. Szkoda tylko, że tak mało.

Nowością nie będzie stwierdzenie, że cała płyta została zarapowana na jedno kopyto. Akurat z tego Peerzet zawsze był znany i w sumie nie przeszkadza to (jak i pozostałe części składowe) w odbiorze, aczkolwiek czasem samo ciśnie się na usta "Chłopie, rapowałeś tak samo 4 lata temu, wtf?". W ramach urozmaicenia na płycie usłyszymy 3 nagrane na odpierdol featuringi, z których serio ciężko wybrać najgorszy, oraz jedną karykaturę rapowania, autorstwa niejakiego Kojota. Jak nie wstyd dawać takie ślady do mixu?

Tak oto dobręliśmy do końca recenzji tej poprawnej do bólu płyty. To jest właśnie najgorsze, że nie ma tutaj niedoróbek, albo wrażenia, że coś mogło być zrobione lepiej. Poziom solidności został wyśrubowany i tyle, nie będę powtarzał po raz n-ty czym jest przeciętność. Jeżeli chcielibyśmy otrzymać coś lepszego, to całą płytę trzeba byłoby wymyślić, napisać, nagrać i wyprodukować zupełnie od nowa. Z konceptu, który założył sobie debiutant wycisnąć się więcej nie dało, co bezlitośnie pokazuje albo brak "chciejstwa", albo wyjątkowo wąskie horyzonty. Obie opcje są kiepskie, ale mam nadzieję, że mamy do czynienia z tą pierwszą i Przemek jeszcze zaskoczy jak przy "Hipocentrum". Jeżeli nie ma tego w planach, to lepiej dla wszystkich będzie, jeżeli "Z miłości do gry" zostanie płytą zamykającą dyskografię rapera ze Stalowej Woli.

6/10





Continue reading →

KOMENTARZ KAABANA: Gruby Mielzky - historia prawdziwa

0 komentarze
Continue reading →
26.10.2012

Bisz - Wilk Chodnikowy [2012]

22 komentarze

Ta płyta w przyszłości niewątpliwie znajdzie się na pierwszym miejscu ewentualnego rankingu "Najczęściej zamawiane opinie". Nie ukrywam, że znaczna zwłoka nie wynikała z mojego lenistwa, a z chęci jak najbardziej obiektywnej oceny "Wilka Chodnikowego". Oczywiście nigdy nie przybliżyłem się do peanów, jakie w stronę tej płyty wygłaszał w swojej recenzji Najgorszy Recenzent Polskiego Rapu, znany w środowisku także jako Marcin Flint, ale myślę, że przesadzona w drugą stronę także nie jest.

Przed boomem, który niewątpliwie obserwujemy przy okazji około premierowego okresu jego najnowszego albumu, Bisz przeszedł długą drogę. Drogę, która miała skończyć się już rok temu, przy okazji "W stronę zmiany LP", jednak tak się nie stało. Może to i dobrze, ponieważ tamta płyta była parę leveli gorsza od albumu wydanego w Fandango. Przed nią bydgoski raper znany był z dobrze napisanych i najgorzej na świecie zarapowanych EP-ek. Grona osób, które zachwycały się tamtymi projektami nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dziś, dla mnie jest to dukanie gorsze niż w '95.

Pytanie, które stawiałem sobie przed dziewiczym odsłuchem tegoż albumu brzmiało: "Czy Bisz wreszcie wokalnie dogonił swój potencjał tekstowy?". Odpowiedź została znaleziona i jak wspominałem wyżej – nie jest ani jednoznacznie pozytywna, ani jednoznacznie negatywna.

Co mam dokładnie na myśli? Momentami Bisz leci naprawdę poprawnie. Tak, ostatnie słowo poprzedniego zdania jest pogrubione i podkreślone nie przez przypadek – żadnego szalonego flow tutaj nie ma. Standardowo ktoś powie, że tutaj wcale nie musi być takich językowych wygibasów. Po takim kontrargumencie odsyłam do wywiadu dla Popkillera, w którym główny zainteresowany opowiada o swoich fascynacjach m.in. Nicki Minaj czy Weezym. Gdybym nie udzielał się na ślizgu to pewnie nie znałbym tej postaci wcześniej i dałbym się nabrać na to, że jest to fajny offbeat czy coś. Chuja tam, bydgoski raper momentami po prostu NIE CZUJE BITU i <skrecz> bankowo fakt jest to </skrecz>. Szczególnie jaskrawie przejawia się to w utworach "W biegu" oraz "Role playing life". Mimo pięknych linijek wokal w nich to tragedia.

Podobnie tragicznie przedstawiają się mówione/recytowane wstawki ("Indygo"), które wykonane są na poziomie konkursu recytatorskiego dla klas 1-3. O ile jestem w stanie jakoś zrozumieć fakt, że karykatura rapowania musiała wejść na płytę, to tutaj nie widzę żadnego usprawiedliwienia. Nie wychodzi ci mówienie/recytowanie? To po prostu NIE ZAMIESZCZAJ TEGO NA PŁYCIE i tyle. A dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, jak powinno się to robić, polecam utwory Sokoła albo Te-Trisa. Bisz jest jakieś 10 poziomów niżej.

Jednak niech nie zmylą was powyższe hejty – momentami gospodarz pokazuje, że jest już całkiem niedaleko momentu, w którym będzie umiał (przynajmniej mniej-więcej) wpasować się w każdy bit, i mimo, że na drodze jest jeszcze parę zakrętów, to wszystko wskazuje na to, że w końcu osiągnie cel. Moje przypuszczenia potwierdzają utwory takie jak "Trainspotting" albo "Jestem Bestią". I żeby nie było, że jestem hejterem – trzymam za to kciuki.

Rozpisałem się trochę o flow, jednak była to konieczność, ponieważ ludzie zupełnie przestali na to zwracać uwagę, skupiając się tylko i wyłącznie na tektstach. Tutaj zgadzam się z większością propsów: płyta jest naprawdę świetnie napisana, nie zanotowałem jakichkolwiek wpadek, co zdarza się naprawdę rzadko. Pięknie rozkminione, popularne ostatnio hashtagi, eliminacja grafomańskich wygrzewek, które mogliśmy zaobserwować na poprzednich projektach (jednak bez odejścia od szeroko rozumianej "poetyckości"), duża dawka melancholii i refleksji, jest i trochę bragga. Naprawdę nie ma sensu wymieniać konkretnych utworów/zwrotek/wersów, ponieważ bez cienia przesady każda jedna jest tak dopracowana, że zasługuje na wyróżnienie.

Znowu dostanę zjeby za używanie określenia "klimatyczne" w stosunku do podkładów, ale jak je inaczej nazwać? Nie ma wątpliwości, że również od strony muzycznej płyta stoi na bardzo wysokim poziomie (mimo, że lista producentów na to nie wskazuje). Bardzo ważne jest to, że każdy z bitów pasuje do tematyki narzuconej przez rapera. Jest nostalgicznie i refleksyjnie jak w utworze nr 5 z tracklisty? Jest i pasujący do tego bit autorstwa nikogo innego, jak starych współpracowników Bisza – Pekro i Kosy. Trochę więcej powera? Brudny Wosk wysmażył idealny podkład pod "Jestem bestią". Do tego dorzucamy nutkę nowoczesności od Puzzla oraz Szopsa i otrzymujemy mieszankę niemal idealną. Tutaj wymieniłem tylko parę ksywek, ale jeszcze raz chciałbym podkreślić, że wszyscy producenci stanęli na wysokości zadania i zadbali o najlepszą możliwą bazę dla Bisza. Szkoda tylko, że sam zainteresowany nie był w stanie jej ogarnąć.

Jeżeli ocenimy z tej płyty tylko teksty, to będzie to album idealny. Podobna sytuacja będzie miała miejsce w przypadku wsłuchania się jedynie w bity. Niestety, ale jesteśmy w konwencji rapowej i flow jest jej NIEZBĘDNYM elementem, czy to się komuś podoba, czy nie. Owszem, z tą płytą jest inaczej, niż z poprzednimi produkcjami Bisza – nie będę wyśmiewał tych, którzy się nią jarają, a jeżeli kiedyś usłyszę gdzieś w tle, to chętnie zawieszę ucho. Jednak ustalmy pewne fakty: żaden przełom, ani tym bardziej płyta roku to nie jest. Pamiętajmy jednak, że istnieją przesłanki ku temu, aby te określenia można było przypisać kolejnemu albumowi Bisza. Chciałem dać 7/10, ale muszę być sprawiedliwy i dodać jedno oczko za teksty, ponieważ są na tyle nieprzeciętne, że samo 0,5 to byłoby dużo za mało.

7/10 + 1 za teksty = 8/10



P.S. TAK, RADIO PEZET 8/10
Continue reading →
17.10.2012

V.A. - Niewidzialna Nerka [2012]

20 komentarze

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że mamy do czynienia z projektem unikalnym na polskiej scenie. Pomimo tej niepodważalnej zalety Niewidzialna Nerka przeszła trochę bez należnego echa, co jest dla mnie lekkim zaskoczeniem – przecież to płyta z nowymi wersjami starych, dobrych utworów, które zna każdy słuchacz polskiego rapu. I idealna pigułka dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z tą muzyką.

Jak możemy przeczytać na stronie internetowej projektu:

  NIEWIDZIALNA NERKA  

Konceptualny projekt stanowiący hołd
producentów i didżejów dla pionierskich czasów kultury hip-hop w Polsce.
To zbiór 33 utworów bazujących na kultowych nagraniach z okresu formułowania się rodzimej sceny, przeplatanych licznymi pozdrowieniami i wypowiedziami
zasłużonych dla niej postaci.

Pomijając oczywistości, że ktoś nie zna tutaj znaczenia słowa "konceptualny", to tekst ten bardzo trafnie opisuje idee, które przyświecały twórcom podczas powstawania tej płyty. W tym samym miejscu (tylko w innej zakładce) dowiemy się również, że całość powstawała 2 lata, co dla mnie osobiście jest zaskoczeniem – jakoś nie zarejestrowałem informacji o takim pomyśle, ale mogę się mylić.

Zwyczajowo podchodzę z dystansem do takich inicjatyw, ponieważ – nie oszukujmy się – rzadko kiedy z takiego odgrzewania starych kotletów wychodzi cokolwiek dobrego. Klasyk to klasyk i ruszanie go najczęściej kończy się katastrofą (poza krulem rapu Smarkim – przyp. Red.). Tutaj sytuacja jest nieco inna, ponieważ każdy z producentów, którzy dorzucili swoje 3 grosze do N.N. naprawdę postarał się i udanie odświeżył przeznaczony dla niego utwór. Podkreślam słowo "każdy", ponieważ na tej płycie nie ma momentów niedosytu, czy też zniesmaczenia. Balans pomiędzy nowoczesnymi brzmieniami a starą bazą jest po prostu idealny, a całości kolorytu dodają pozdrowienia, którymi przeplatane są dźwięki.

Dobór utworów do zremixowania również stoi na najwyższym możliwym poziomie. Nie ma ograniczenia się do jednego roku/miasta/klimatu. Na trackliście znajdziemy zarówno "93-94", "Nie jestem kurwa biznesmenem", jak i "Dźwięki stereo" czy też "Wiedziałem, że tak będzie". Za to należy się bezsporny props, ponieważ często takie inicjatywy powrotu do przeszłości są ograniczane do jednego środowiska ("A pamiętasz jak?"), albo kręgu raperów wyselekcjonowanych wg nikomu (poza pomysłodawcą) nieznanych zasad ("Bez granic"). Owszem, ewentualnie mogłoby być nieco mniej Warszawy, jednak i bez tego jest bardzo, bardzo dobrze.

Jeżeli miałbym porównywać brzmienie całości do jakiejś innej płyty, to bez wątpienia byłoby to "Digital Garden" autorstwa Kixnare'a (który zresztą również pojawia się na tym projekcie). Podstawą każdej produkcji jest sampel, na którym oparto brzmienie pierwotnej wersji, najczęściej wzbogacony o brzmienia elektroniczne. Nie jest to agresywne wrzucanie nowych dźwięków pomiędzy stare sample. Określiłbym to raczej niezwykle zgrabnym połączeniem nuty nowoczesności z tradycją.

Imponuje mi to, że utwory wzięte na warsztat przez poszczególnych producentów często są dalekie od siebie klimatycznie, jednak ich nowe wersje mają wspólny mianownik, dzięki czemu płycie możemy przypisać określenie "spójna". Jest to dość spory wyczyn, zwłaszcza po zestawieniu go z ilością utworów (33) i producentów (23) pojawiających się na tym projekcie. Czemu nie wymieniłem żadnego z nich z ksywki? Ponieważ wszyscy, bez wyjątku zasługują na ogromnego propsa za pracę wykonaną w ramach tej inicjatywy. Sam zakochałem się w tym albumie i wracam do niego regularnie, co polecam każdemu słuchaczowi. I oby więcej takich pomysłów.

9/10



Continue reading →
13.10.2012

Rover - 24 [2012]

15 komentarze

Do przesłuchania płyty Rovera zbierałem się bardzo długo. Odkładałem, odkładałem, były ciekawsze rzeczy do słuchania, jednak ostatecznie ugiąłem się pod zmasowanymi atakami w komentarzach o recenzję tego materiału i powiem szczerze: nie żałuję. Do płyty podchodziłem z bardzo dużym dystansem, na zasadzie "jeżeli takie bezguście jak Huczu coś propsuje, to nie może być dobre". Jednak w czasie odsłuchu gospodarzowi udało się zbić większość moich obiekcji i mimo, że nie jest to płyta-rozkurwiacz, ani żaden album roku, to 43 minuty upłynęły mi bardzo w bardzo przyjemnej atmosferze i nie żałuję czasu poświęconego temu albumowi.

Nie będę ukrywał, że wcześniejsza twórczość kieleckiego rapera nie interesowała mnie ani trochę, dlatego też nie mogę odnieść się do jego poprzednich dokonań. Przez chwilę miałem zamiar na szybkości je przesłuchać, żeby mieć przynajmniej jako-taki ogląd, jednak 3 płyty to trochę za dużo (zwłaszcza, że w kolejce czeka kolejnych 7). Także recenzja ta pisana jest przez pryzmat "jest potencjał, dziwne, że go wcześniej nie znałem". Jeżeli poprzednie projekty również były na przynajmniej dobrym poziomie, to proszę o zjeby w komentarzach.

Wracając do "24", to w założeniach miała być to płyta-koncept. To, że w Polsce koncept najczęściej rozmywa się gdzieś po drodze jestem przyzwyczajony, niestety tak jest i w tym wypadku. Część utworów pasuje do "godziny" do której zostały przypisane, części można przypisać delikatną korelację, a niektóre po prostu sobie są, a zostały przydzielone do określonej pory chyba na zasadzie "nie wiadomo co z tym zrobić, to damy powiedzmy o 16". Bo jak inaczej wytłumaczyć umiejscowienie tracku "Szkoła" o 15? Nie ukrywam, że nie podoba mi się to, ponieważ jak już ktoś bierze na swoje barki taki pomysł, to powinien być konsekwentny w realizacji, albo po prostu go porzucić. Półśrodki nie mają racji bytu.

Z pewnością największą zaletą materiału są emocje, które Rover umiejętnie przemyca w tekstach. Jeżeli miałbym do czegoś porównać tę płytę, to pierwsze co przychodzi na myśl to "Seans Spirytystyczny" Mediuma. Podobny poziom walki ze światem z pozycji człowieka, który nie ma ochoty dostosowywać się do otoczenia, mimo zdawania sobie sprawy ze zgubności takiego działania. W tekstach nie ma co doszukiwać się drugiego dna, ponieważ zwyczajnie go tam nie ma. Jednak w tym ich tkwi siła, niby nic odkrywczego, ale mają w sobie "to coś", co sprawia, że chce się odsłuchać jeszcze raz tracki zarówno o miłości, dzieciach (w nas) czy też książkach. Osobisty props leci za podkreślanie roli literatury w kształtowaniu światopoglądu.

Gdzieś na początku płyty usłyszałem wersy o tym, że raper odrzucił łatwiejszą drogę i postanowił iść do przodu, co ma przejawiać się w rzekomo trudniejszych bitach. Jeżeli podkłady na tym albumie są trudne, to ktoś powinien się doedukować, albo przesłuchać parę płyt chociażby z 2012 roku. Co nietrudno zgadnąć, na bitach jest klasycznie, bez szału. Z kswywek kojarzę tylko Zbyla, Kuotera oraz PTK, prócz nich za produkcję odpowiada jeszcze paru nołnejmów. Nie wymienię ich z pseudonimów, ponieważ praca jaką wykonali jest jedynie poprawna i z pewnością niewarta reklamy. Żaden z podkładów nie zapada w pamięć, każdemu brak duszy i chemii z tekstem/utworem. Równie dobrze można byłoby losowo pozamieniać bity i całość nie przekształciłaby się ani na plus, ani na minus.

W kwestii rapowania gospodarz leci poprawnie, ale bez szału. Jednak do utworów, które weszły na płytę żadne szalone flow nie jest potrzebne, więc nie zaliczam tego na poczet minusów. Najważniejsze, że Rover faktycznie płynie po bitach, a flow nie jest zastępowane krzykiem (co często zdarza się raperom usiłującym przenieść emocje na track). Zaznaczam, że nie obraziłbym się, gdyby gospodarz popracował nad tym elementem rapowego rzemiosła i w przyszłości poprawił swój poziom.

Jeżeli ktoś ma słuchać tej płyty robiąc coś w tzw. międzyczasie, albo w ogóle nie zwracając uwagi na teksty, to nie ma to jakiegokolwiek sensu. Wyłapie tylko przeciętne bity i poprawne flow. Cała siła materiału tkwi w autentyczności i emocjach, popartych konkretnymi przykładami z życia kieleckiego rapera. Płytę polecam mimo, że zdaję sobie sprawę z tego, jak dużo Rover musi jeszcze nadrobić.

7/10


Continue reading →
10.10.2012

"Jesteś bogiem" - Recenzja

12 komentarze

Z pewnością nie wszyscy czytelnicy bloga przeczytali moją garść hejtów na zamieszanie wokół "Jesteś bogiem", więc przed przejściem do dalszej części polecam nadrobienie tamtego tekstu, ponieważ nie będę tutaj zbyt dokładnie rozwijał niektórych kwestii niezwiązanych stricte z filmem. Przypadkowo obejrzałem tę produkcję, więc postanowiłem zrobić z tego użytek: przestrzec, żeby nikt nie popełnił takiego błędu jak ja i nie stwierdził, że 24zł to dobra cena za ten szmatławiec. Wolałbym wydać te pieniądze na ostatnią płytę O.S.T.R.-a - przynajmniej mógłbym ją rytualnie rozjebać. Po wyjściu z seansu jedyne co mogłem rozjebać to buty, kopiąc ze złości we wszelkiej maści śmietniki i barierki z myślą "dałem zrobić się w chuja, jak to kurwa możliwe".

Na wstępie zaznaczam jeszcze, że żaden ze mnie koneser filmowy. Zaryzykowałbym nawet określenie filmowego nolife'a, ponieważ od paru ładnych lat średnio w roku oglądam 4-5 filmów (wiadomo, że niektórzy filmomaniacy potrafią tyle łyknąć w ciągu jednego dnia). Niemniej trochę w życiu obejrzałem, więc raczej uniknę rozpływania się nad chujowymi rzeczami (tak mi się wydaje).

Pierwsze, co rzuca się w oczy to oczywiście początkowy napis "film oparty na faktach". Tak, wiem, że taka informacja nie jest w 100 procentach wiążąca i wcale nie jest równoznaczna z "film to 1:1 historia z życia", jednak faktem jest, że wprowadza ludzi w błąd. Zwłaszcza tych, którzy historię zawartą w tym obrazku znają piąte przez dziesiąte, albo nawet poznali ją podczas projekcji. To te zjeby teraz histeryzują na FB, kupują "Kinematografię" itd. Normalny człowiek (czyt. Ja) w miarę pojawiania się kolejnych, mocno przerysowanych scen. mimowolnie zniechęca się do filmu.

Po tym przydługim wstępie odpowiedzmy sobie na jedno, bardzo ważne pytanie: o czym konkretnie jest jest film? Teoretycznie miało być o Paktofonice. Wyszła biografia Magika z wątkiem jego ostatniego składu w tle. WTF?! Na samym początku poraziło mnie zamknięcie tematu Kalibra dosłownie w kilkunastu scenach tak, jakby nie miało to żadnego znaczenia dla późniejszego rozwoju wypadków. Przecież to było niezwykle ważne! Bez względu na to, czy pan reżyser kręcił film o Magiku, czy też o jego kolegach.

Tak naprawdę to na tym podrasowaniu faktów opiera się cała fabuła filmu. Biedny Magik nie mógł dogadać się z kolegami z zespołu, to znalazł nowych (a raczej oni jego), więc nagrywali i palili fajki zamiast iść do pracy. Niejedno serce z pewnością zostało poruszone. Jednak fakty są nieubłagane i w niedawnym wywiadzie dla gazeta.pl przetoczył je nawet ex kolega z zespołu, czyli AbraDab:

Mówię o scenie, w których Magik wyciąga z kieszeni 15 złotych, żeby wykupić jeszcze kilka minut w studiu - to jakaś abstrakcyjna scena. Już na nagranie pierwszej płyty Kalibra mieliśmy wykupione 1000 godzin w jednym z najlepszych studiów w Katowicach.

Trochę zgrzyt. Przecież byliśmy już wtedy po dwóch płytach Kalibra, mieliśmy menedżera, graliśmy mnóstwo koncertów i naprawdę były z tego niezłe pieniądze.

W świetle tych informacji cały film nadaje się do kosza. Nie ma w tym ani krzty przesady. Jeżeli ten niedojebany reżyser raczyłby bardziej trzymać się faktów, to nie byłoby czego zbierać. Cała dramaturgia budowana wokół biednego Magika co zapomniał wózka z marketu i którego prześladują reklamy ;( rozsypuje się w drobny pył.

Odstawmy jednak gdybanie na bok i oceńmy całość jako luźno oparty na faktach film o (niestety) jednym z najbardziej znanych rapowych zespołów w Polsce. Pytanie nr 1: czy aktorzy byli podobni do swoich pierwowzorów? O ile w przypadku Magika jakieś tam podobieństwo jest (chociaż jest chyba zbyt dobrze zbudowany, ale tego nie jestem pewny), to analogii filmowego Rahima do jego odpowiednika z rzeczywistości nie stwierdzono. Fokus jest trochę na pograniczu, jednak nadal nie jest to takie podobieństwo, jakiego – nie oszukujmy się – byśmy oczekiwali. Nabardziej mierzi mnie ten Rahim, ponieważ jak już pogodzisz się z faktem, że Fokus przypomina siebie w jakichś 5%, to przyłazi Dawid Ogrodnik i zastanawiasz się, czy aby na pewno na potrzeby filmu autor scenariusza nie postanowił poszerzyć zespołu o jakieś nowe osoby.

Czas więc na pytanie nr 2 (które częściowo wiąże się z nr 1): czy aktorzy dobrze zagrali swoje role? Dlaczego powiązane z jedynką? Z prostego względu, jeżeli aktorzy są mało podobni do pierwowzorów, to z pewnością o ich wyborze musiały zadecydować jakieś inne czynniki, a raczej konkretne umiejętności aktorskie. Gdzie tam. Nie mówię, że jest to zagrane tragiczne, ale lepsza jest losowa rola z losowej komedii polskiej z lat '90. W "Jesteś bogiem" radę dał jedynie Marcin Kowalczyk, który momentami faktycznie przypominał Magika do złudzenia (w każdym calu). Pozostali ot, zagrali sobie. Raz lepiej, raz gorzej, bez rewelacji i bez wczucia się w rolę, co w takim filmie wydaje się niezbędne. Ale pewnie to tylko opinia filmowego laika, a rację mają przyznający nagrody temu ścierwu.

Wcześniej trochę pisałem o całej fabule, więc skoro została podkoloryzowana, to pewnie sądzicie, że w związku z tym film jest łatwiej przyswajalny i wszystko zamiast siermiężnego podawania faktów "bo tak było" po prostu sobie płynie? Oczywiście, że nie. Sposób podania całej historii jest dla mnie po prostu żenujący. Najpierw początek, który jest w miarę w porządku i akcja toczy się dość wartko, natomiast w środkowej części filmu 2 lata zostają rozciągnięte do tego stopnia, że podczas oglądania nerwowo zerkasz na zegarek z rodzącym się w głowie pytaniem: "ile to jeszcze kurwa będzie trwało"?

Po przedostaniu się przez zasieki rozwiniętej fabuły docieramy do końca, gdzie akcja nagle znowu zaczyna płynąć i moment kulminacyjny odgrywa się tak naprawdę z chwili na chwilę. Chociaż pewnie powinienem zapisać to na poczet plusów, bo przynajmniej cała sala nie wstrzymywała oddechu i nie wstawała z krzeseł (względnie nie klaskała po lądowaniu, jak to polacy cebulacy mają w zwyczaju). To akurat zostało jeszcze jakoś tam ujęte, ale festiwal żenady zaczyna się już na sam koniec filmu: zdjęcia zeszytu zapisane jakimiś ostatnimi słowami człowieka, który słowa takiego jako "honor" nie zna nawet ze słownika, potem zaś najbardziej przeruchana fotografia głównego zainteresowanego i patetyczny dopisek w hołdzie magikowi czy coś takiego. I znowu pytanie: czy miał to być film o Paktofonice, czy biografia magika z PFK w tle?

Dobrze został za to oddany klimat lat '90, Śląska i blokowisk. W ujęciach, kiedy akcja dzieje się na dworze kurz i brud czuć w powietrzu. I w zasadzie jest to jedyna rzecz, za którą mogę z czystym sumieniem pochwalić ekipę patałachów odpowiadających za to dziełko.

Apogeum beki następuje w momencie, kiedy po wyjściu z kina uświadamiasz sobie, że ta kiepska ekranizacja równie kiepskiego scenariusza, wydanego pod egidą lewackiego ścierwa, opartego na wątpliwej jakości historii najbardziej przehajpowanego zespołu w historii polskiego rapu, do tego podlewanego psychofaństwem do Magika dostał jakieś nagrody. W jakim stanie musi być polska kinematografia, skoro tak wybrakowany obrazek dostaje jakieś Złote Lwy i inne Kaczki? Po bece następuje zaś smutna refleksja, że portfel odchudzony o te 24zł (ceny warszawskie) prezentuje się gorzej, a ty nie zyskałeś dosłownie nic. No w moim przypadku tekst na bloga, ekstra.

3/10


Continue reading →
02.10.2012

Te-Tris - LOT 2011 [2011]

19 komentarze

Zazwyczaj kiedy raper wychodzi ze swojej – nazwijmy to – stałej konwencji, to od zamkniętych głów zbiera cięgi, zaś otwarci słuchacze ślą propsy i ostatecznie po paru miesiącach (opcjonalnie latach) płyta zbiera same pochwały, a co drugi komentarz wygląda mniej więcej tak: "Na początku nie doceniałem, jednak z czasem naprawdę zakochałem się w tym albumie". Rzadko kiedy takie płyty znajdują się niemal idealnie pomiędzy udanym eksperymentem, a zupełnym fiaskiem Z serii "odkłamywanie rzeczywistości": LOT 2011.

Płyta wyszła trochę niespodziewanie, zwłaszcza w świetle wieloletnich zapowiedzi "Dwuznacznie". Raczej nikt nie spodziewał się kolejnego materiału od Te-Trisa na jesieni 2011, sam nawet po wstępnych zapowiedziach nie wierzyłem w ten termin. Ostatecznie wydawnictwo (o dziwo!) ukazało się zgodnie z harmonogramem nakładem Aptaun Records.

W porównaniu z tym, do czego przyzwyczaił nas Tet na poprzednich projektach ten album to dość duży szok. Moi czytelnicy wiedzą, że nie mam nic do płytkich tekstów i jadąc tramwajem podśpiewuję sobie linijki Rick Rossa albo Soboty, jednak od jednego z najlepszych tekściarzy w polskim rapie wymagam czegoś więcej niż to, co serwuje nam na swoim, do tej pory ostatnim, solowym albumie.

Nie jest to tak, że przekminione na 100 sposobów teksty powinny być więzieniem dla ich autora, jednak kiedy takiemu raperowi brak wyczucia w płytszej tematyce, to powinien posypać głowę popiołem, zamiast dorabiać ideologie, że "jest to jego najlepsza płyta" (w takim tonie zaraz po premierze wypowiadał sie o swoim ostatnim "dziele" Chrabin). To samo tyczy się flow, a raczej jego licznych niedostatków, które co i raz czają się na nasz słuch w trakcie odsłuchu "Lotu".

Ogólnie rzecz biorąc to jest to strasznie dziwna i kurewsko nierówna płyta. Tekstowa forma Tetrisa wyglądała mniej więcej tak:

Naprawdę nie spodziewałem się, że po świetnych tekstowo Shovanych Tet jest w stanie nagle świadomie obniżyć (nomen omen) loty. Nie wiem, kto mu to podpowiedział, ale powinien jak najszybciej przestać słuchać tych faryzeuszy.

Napierdalam ogólnikami, więc czas na konkrety. Pierwszym i najpoważniejszym zarzutem jest oczywiście pseudokoncept. Litości kurwa, naprawdę lepsze rozkminy miewam na kacu, kiedy mój mózg pracuje na 50% mniejszych obrotach. O pomysł skitów w formie rozmowy kapitana samolotu z wieżą kontroli lotów, luźno spajających ze sobą kolejne pozycje na trackliscie posądzałbym np. kolegów z wytwórni gospodarza, którzy chcą pisać fajne i mądre teksty, a co im się nigdy nie uda, ale nie Teta, który na fristajlu miewał lepsze wersy od w.w. Jakby taką płytę nagrał Pyskaty czy też WENA to byłby za to nawet mały plusik, jednak znając potencjał Tetrisa NIE MA PIERDOLONEJ OPCJI, żeby uznać to za plus.

Teksty miejscami są gorsze od najgorszych lirycznie utworów z wszystkich poprzednich projektów razem wziętych. Miejscami, ponieważ zdarzają się lepiej przemyślane pod względem wersów utwory, jak "Ile mogę?", "Ogień i lód" czy też "Muzyka moja" (chociaż zaznaczam, że również do nich miałbym masę obiekcji), których można słuchać bez żenady. Jednak kiedy zestawimy "Skórę" z "Pod skórą" czy też "Prawo 2021" z "Prawem do bragga" to jak na dłoni widać, o co mi chodzi. I minimalnie lepszy poziom rapowania wcale tego nie ratuje. Tematycznie jest to Tetrisowy standard, tylko znacznie spłycony (jakby ktoś pytał, o czym konkretnie są teksty).

Teoretycznie zdecydowanie na plus możemy zapisać bity. No właśnie, teoretycznie, bo praktycznie to na połownie z nich reprezentant Aptaun porusza się jak dziecko we mgle, względnie jak słoń w składzie porcelany. Sztandarowym przykładem jest singlowe "Ile mogę?", gdzie wokal Tetrisa brzmi, jakby rapował pod same werble, a pozostała część bitu została doklejona/podmieniona w późniejszym czasie. Czasami gospodarzowi udaje się zarapować do melodii, jak momentami w "Muzyce mojej", jednak (jak sama nazwa płyty wskazuje!) mamy 2011 i takie momenty są standardem, nie wyjątkiem. Ogólnie fajnie, że Tetris zerwał z truskulową ortodoksją aka "nie zaproszę Kixnare'a na płytę, bo nie sampluje z wosku", jednak popracowanie nad umiejętnościami jest koniecznością. Podkłady rozpatrywane jako instrumentale zapisuję na zdecydowany plus, bardzo ładne, wpadające w ucho nie ograniczające się do schematu "sampel + bębny" wytwory warsztatów Bobera, DJ Torta, Qćka i Voskovy'ego (przy lekkim współudziale gospodarza) to znakomite podwaliny pod naprawdę dobrą płytę. Nienachalna nutka nowoczesności na pewno nawróciła niejednego truskula (i popchnęła do podcięcia żył 10 innych).

Zdecydowaną zaletą jest wzbogacenie całości o śpiewane refreny autorstwa Dominika "Rzeźnika" Łuniewskiego. To jest dopiero nowość! Wreszcie zamiast szukania do takich wygrzewek miejscowej wokalistki/koleżanki z klatki/koleżanki z klasy, dostajemy naprawdę mocny, męski wokal, idealnie pasujący do każdego z utworów, na których został umieszczony. To chyba jedyna kwestia, w której nic bym na "Locie" nie zmienił.

Na koniec pojawia się pytanie: jak do cholery ocenić ten album? Z jednej strony jest to, czego zawsze oczekiwałem od Tetrisa, czyli przynajmniej minimalny flirt z nowoczesnością. Z drugiej w związku z tym flow dość mocno kuleje. Z jednej strony nie ma tekstów wyniesionych na szczyty wyniosłości, z drugiej poziom spłycenia wykastrował to, z czego gospodarz zawsze słynął. Ogólnie płyta jest warta przesłuchania, jednak w żadnym wypadku powrotu do każdego utworu, który znalazł się na trackliście. EP-ka z tego byłaby niezła, LP jest max średnie, chociaż i tak ocena poszła trochę do góry w porównaniu z moimi odczuciami zaraz po zeszłorocznej premierze. Czekam na poprawę.

6/10 + 0,5 za refreny = 6,5/10



Continue reading →

Kategorie